Zaprzeczenie w pełni doświadczone jest Pełnią

Nie ma czegoś takiego jak nieczucie niczego! Nawet odczucie otępienia czy bycie zobojętniałym jest rodzajem czucia, czyli doświadczania siebie. Kiedy to zrozumiałem po raz pierwszy, uświadomiłem też sobie własną odpowiedzialność za to, jak się czuję. Wiedziałem, że jeżeli nie odczuwam całkowitej miłości, to jestem jej całkowitym zaprzeczeniem. Uświadomienie sobie totalności własnego zaprzeczenia natychmiast powiodło mnie z powrotem do miłości, czy też do Boga.

Dlaczego tak się stało?

Gdy przez chwilę pozwoliłem sobie na maksymalne doświadczenie, prysnął dualizm mojego umysłu, zniknęło poczucie rozdwojenia. Nie było już mnie dążącego do czegoś, mnie broniącego się przed czymś, mnie rozważającego coś… Była tylko pełnia – całkowitość. Uświadomiłem sobie, że Bóg jest totalny. O dziwo, pełnię Boga – pełnię mojej rzeczywistości – pokazało mi doświadczenie maksymalnego lęku, cierpienia, nienawiści. W tym maksymalnym doświadczeniu nie istniały żadne porównania. Totalny lęk stał się totalną miłością, zupełne cierpienie stało się zupełną radością, kompletna nienawiść stała sie bezkresnym światłem.

To doświadczenie było całkowicie „nieludzkie” i nie da sie go opisać w ludzkich kategoriach z prostego powodu: egzystencja ludzka opiera sie na złudzeniu częściowości. Człowiek nie może sobie pozwolić w pełni poczuć siebie, gdyż wówczas zniknęłoby wszelkie wrażenie oddzielenia. Ludzkie emocje miłości i nienawiści nawet w swych najskrajniejszych formach są odczuwane tylko na tyle, by zachować poczucie odrębnej tożsamości. Całkowita jedność jest zagrożeniem dla jednostkowego bytu.

Ale w rzeczywistości nie ma czegoś takiego jak odrębny jednostkowy byt. Rozpoznałem to, gdy przestałem się oddzielać od samego siebie, od własnych myśli i uczuć. Zrozumiałem wówczas, że częściowa, składająca się z odrębnych kawałków rzeczywistość jest całkowitą iluzją. Złudne wrażenie rozdwojenia własnego umysłu było podtrzymywane jedynie poprzez próbę neutralizowania własnych myśli. Gdy jednak zobaczyłem, że nie ma czegoś takiego, jak neutralna, czy też obojętna myśl, to stało się dla mnie jasne, że nie ma czegoś takiego, jak obojętny rezultat. Nie mogłem się czuć obojętnie. Nie mogłem się lekko gniewać. Nie mogłem być trochę chory. Nie mogłem być odrobinę martwy.

Wszystko było albo totalne, albo było niczym. I w ten oto sposób maksymalne fizyczne doświadczenie własnego oporu przed rzeczywistością uświadomiło mi, że nie mogę oprzeć się rzeczywistości. Opór w pełni odczuty przestał być oporem. Luka się zamknęła. Pozostał tylko mój umysł. Doskonały, nieograniczony i pełny.

I tak wygląda teraz moja przemiana. Nie uciekam od własnych myśli. Nie udaję, że świat, który widzę, mnie nie dotyczy. Nie próbuję być obojętny. Nie udaję świętego, lepszego od innych. Czuję siebie. Czuję ból świata, który wytworzyłem, czyli ból oddzielenia. I w tym samym momencie ból znika. Oddzielenie rozpływa się w nicość, z której przyszło. I pozostaje tylko miłość. Miłość Boga we mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*