Wyjście z dualizmu

Wyjście z dualizmu - refleksje na temat Kursu Cudów i nie tylkoChcę w tym miejscu i czasie przyjrzeć się kilku kluczowym pojęciom z Kursu Cudów, które często są opacznie interpretowane, wbrew zamierzeniom Autora. Choć obecnie nie używam Kursu Cudów jako narzędzia praktyki, ponieważ spełnił on już dla mnie swoje zadanie i jego idee stały się niejako nieodłączną częścią tego, czym jestem, to rozumiem doskonale transformacyjną drogę wszystkich, którzy posługują się tym przesłaniem oraz pułapki, w jakie mogą wpadać, ponieważ sam w nie wpadałem. Przyjrzyjmy się niektórym z nich:

Nie ma żadnego świata
Gdy Autor Kursu mówi, że nie ma żadnego świata, nie mówi: „Nie ma żadnej Ziemi”. Stwierdzenie to oznacza jedynie, że nie ma czegoś takiego jak egotyczny świat oddzielenia. To inny sposób na powiedzenie, że oddzielenie nie istnieje. Jeżeli zrównujemy świat z Ziemią, to krzywdzimy sami siebie, gdyż oddzielamy się od żywej świadomości, jaką jest Ziemia, od serca, które bije w niej dla nas, od wszystkich darów, które nam oferuje każdego dnia.

Jeżeli oddzielam się od Ziemi, twierdząc, że jest iluzją, i próbuję dotrzeć do jakiegoś duchowego wyższego stanu – do jakiegoś Nieba gdzieś indziej – to tym samym nie zauważam, że Niebo jest TU I TERAZ i sam tworzę iluzję oddzielenia. To pułapka, w którą wpada wiele osób rozwijających się duchowo. Ponieważ nie podoba im się miejsce, w którym się znajdują, to próbują to zmienić poprzez próbę ucieczki do innego, lepszego miejsca. To jednak niemożliwe, ponieważ nie ma żadnego innego miejsca. Jest tylko jeden umysł – twój umysł – i nie możesz się uwolnić od cierpienia poprzez próbę ucieczki od samego siebie. Uwierz mi, to nie działa. Przez wiele lat próbowałem, ale zawsze wracałem do tego samego punktu – do rozpoznania, że jestem tylko ja w swojej świadomości. Jeżeli więc nie podoba mi się świat, który widzę, to oczywiste jest, że nie uwolnię się od tego postrzegania poprzez negację, lecz poprzez całkowite włączenie, czyli przebaczenie lub też objęcie i umiłowanie tego, co widzę.

Owszem, w Kursie Cudów pojawia się termin zaprzeczenie własnemu zaprzeczeniu, ale chodzi w nim jedynie o to, żeby zakwestionować swój paradygmat myślenia, który opiera się na oddzieleniu i na fałszywym przekonaniu, że błąd może krzywdzić. Nie chodzi w nim bynajmniej o ocenę świata jako czegoś złego. Świat nie jest zły. Nie ma żadnego świata. Prawda jest prawdziwa i nic innego nie jest prawdziwe (Lekcja 152). A jeśli tak, to nie ma się od czego uwalniać. Właśnie w tym rozpoznaniu pojawia się doświadczenie całkowitego pokoju. Dopóki próbowałem się uwolnić od świata, wciąż wierzyłem w konflikt w swoim umyśle i podtrzymywałem dualizm swojego myślenia. Jezus w Kursie nie prosi nas o to, abyśmy uwolnili się od świata, lecz o to, abyśmy uwolnili świat od wszystkiego tego, czym – jak myśleliśmy – jest (Lekcja 132). A uwalniamy świat poprzez wzięcie całkowitej odpowiedzialności i porzucenie naszych złudzeń. I tu dochodzimy do kolejnego kluczowego pojęcia z Kursu Cudów, które jest tak często mylnie interpretowanie : pojęcia odpowiedzialności.

Kwestia odpowiedzialności
Kurs jest pełen opisów dynamiki działania ego oraz winy i lęku, jakie się z nim wiążą. I bardzo dobrze. Musisz szczerze spojrzeć, co sobie robisz w swoim umyśle, żebyś chciał z tego zrezygnować. Problem jednak pojawia się wtedy, jeśli Kursu używamy do tego, żeby winę podtrzymywać zamiast od niej uwalniać. Nie do tego został on przeznaczony. Gdy powtarzasz takie pojęcia z Kursu jak: „robię to sam sobie” lub „jestem odpowiedzialny za to, co widzę”, by mówić sobie, że robisz coś złego lub coś jest z tobą nie tak i powinieneś robić coś innego lub być inny, to błędnie rozumiesz znaczenie tych słów. Te słowa mówią jedynie o mocy twojego umysłu, z którego wypływa całe twoje doświadczenie.

Doświadczenie nie jest ani dobre, ani złe. Ono jest po prostu tym, co wybrałeś. Gdy więc następnym razem poczujesz się chory lub zdenerwowany, to nie mów sobie, że coś jest z tobą nie tak i nie próbuj tego zmienić w sposób mentalny, bo to jedynie podtrzymuje poczucie winy i wrażenie rozdwojenia w twoim umyśle. Zamiast tego poczuj to, co robisz i rozpoznaj – bez osądzania się – że właśnie tak w tej chwili przejawia się twoja moc. Po prostu takie doświadczenie wybrałeś jak nieskończony twórca stworzony na podobieństwo Boga.

Tak, możesz wybrać nawet doświadczenie choroby. Choroba fizyczna nie jest niczym złym. Jak wszystko, co się dzieje z twoim ciałem, jest jedynie wskazówką, czy też sygnałem na twojej duchowej drodze. Pokazuje ci stan twojego umysłu, jakość twoich myśli. Nie można nawet w prawdzie powiedzieć, że ciało jest chore, ponieważ ciało samo w sobie jest całkowicie neutralne (patrz niżej). Chory może być jedynie umysł, który uwierzył w oddzielenie. I ta wiara jest jedyną chorobą, jaka jest. Choć dla Boga nie jest ona prawdą, ty jednak możesz użyć mocy Boga – jedynej mocy, jaka jest – aby wierzyć w swoje złudzenia. Kluczem jest nieocenianie siebie za tę wiarę.

Gdy osądzasz siebie lub kogokolwiek innego, to uniemożliwiasz zmianę. Wmawiasz sobie bowiem, że coś jest nie tak w Boskim stworzeniu. Wmawiasz sobie, że świat jest okropny lub że twoje doświadczenie jest okropne. To nieprawda. Świat sam w sobie jest kompletnie neutralny. Innymi słowy nie ma on żadnego znaczenia. To ty nadajesz całe znaczenie światu i swoim doświadczeniom. Zamiast oceniać swój fizyczny lub emocjonalny stan lub obraz świata, który widzisz, możesz po prostu uznać, że jest to ekspresja twojej mocy, a następnie odprężyć się w tym, co jest, takim, jakie to jest. Gdy to zrobisz, wówczas uzdrawiająca zmiana wydarzy się sama. A Ty rozpoznasz swoją całkowitą bezgrzeszność

Nie jestem ciałem
Powiedzmy jeszcze o jednej idei z Kursu, która stała się źródłem wielu nieporozumień i wypaczeń. Chodzi o sławne zdanie: Nie jestem ciałem. Niektórzy studenci Kursu zdają się używać tego zdania, aby próbować negować lub oceniać ciało czy też doświadczenia cielesne jako coś złego i by próbować uwolnić się od ciała. I tu znowu pojawia się pułapka. Dopóki próbujesz uwolnić się od ciała, to zakładasz, że ciała cię ogranicza. Nic jednak nie ogranicza Bożego Dziecka, którym jesteś. Wrażenie ograniczenia pojawia się wówczas, gdy utożsamiasz się z ciałem. Wtedy faktycznie tracisz z pola widzenia całą rzeczywistość.

Gdy następnym razem wypowiesz zdanie z Lekcji 199 Kursu Cudów: Nie jestem ciałem. Jestem wolny, skup się na tym, co to naprawdę oznacza. A oznacza to, że już w tej sekundzie jesteś nieskończenie wolny. Już w tej sekundzie nie jesteś ciałem. Nie wymaga to od ciebie jakichś specjalnych działań oprócz akceptacji tego, czym naprawdę jesteś. A czym jesteś? Można by powiedzieć, że jesteś nieskończoną świadomością, która chwilowo przejawia się poprzez ciało. Jak powiedzieliśmy przed chwilą, ciało samo w sobie jest czymś całkowicie neutralnym (patrz Lekcja 294 Kursu Cudów). Nie jest ono ani grzeszne, ani bezgrzeszne; ani dobre, ani złe. Jest tymczasowym narzędziem komunikacji. I może być albo użyte do komunikowania gniewu, winy i lęku, jeśli oddane jest w służbę ego, lub może komunikować miłość i wolność, jeśli oddane jest w służbę Ducha Świętego (patrz Lekcja 199 Kursu Cudów).

Komu więc oddasz ciało: ego czy Bogu? Jeżeli oddasz je Bogu, gwarantuje ci, że będziesz szczęśliwy, nawet przejawiając się przez chwilę w polu czasu. Wszystko, co będziesz robił, będzie bowiem szerzeniem Boga i Jego miłości. Znajdziesz się w tym, co Kurs Cudów nazywa szczęśliwym snem. Można by powiedzieć inaczej: przyniesiesz Niebo na Ziemię. Przestaniesz oddzielać w swoim umyśle to, co duchowe od tego, co materialne. Wszystko stanie się duchowe. W ten sposob konflikt zniknie z twego umysłu. I pojawi się pokój.

Nie próbuj więc uwolnić się od utożsamienia z ciałem poprzez odrzucanie ciała, bo w ten sposób jeszcze bardziej się z nim zwiążesz. Od niczego nie możesz się uwolnić się przez odrzucenie. Jedyną drogą do wolności jest miłość. Tak, możesz objąć miłością nawet swoje ciało. A robisz to poprzez użycie go jako narzędzia nauki, czyli zwracanie uwagi na to, co ono ci mówi. Ono zawsze odzwierciedla ci to, jakie myśli cenisz w swoim umyśle. I za to możesz być mu wdzięczny.

Nauczać to pokazywać
Podręcznik dla nauczycieli Kursu Cudów przypomina, że nauczać to pokazywać; to dawać świadectwo swoim życiem i postawą temu, co wierzymy, że jest prawdą. Podkreśla również, że nauczanie jest procesem stałym; odbywa się w  każdym momencie dnia i trwa także w myślach podczas snu. Nauczanie nie musi się więc koniecznie (choć może) wiązać z aktem werbalnego przekazywania informacji, pojęć czy instrukcji. Czasem akt werbalnego nauczania może być wręcz odebrany przez drugą osobą jak atak, zwłaszcza jeśli naszych słów nie potwierdza odmienione zachowanie, czucie i stan świadomości. Zauważyłem w moim życiu „prywatnym”, że werbalne nauczanie najczęściej niczego nie zmienia, a nawet pogarsza sytuację i czasem lepiej jest drugą osobę po prostu kochać bez słów (co jest demonstracją patrzenia na wskroś, czyli przebaczenia), nawet jeśli zachowuje się, moim zdaniem, nieodpowiednio. To okazywanie miłości bowiem jest prawdziwym nauczaniem, a miłość jest jedynym, co uzdrawia.

Nie spieszmy się więc z instruowaniem innych o przebaczeniu i pełnej odpowiedzialności, póki sami nie uosobimy tych idei w sobie. Warto w tym miejscu również przypomnieć o tym, że Kurs Cudów jest narzędziem indywidualnej przemiany. Nigdzie nie ma w nim mowy o posługiwaniu się książką, aby nauczać innych. To nie znaczy, że nie możemy tego robić, ponieważ możemy robić cokolwiek nas inspiruje i nawet spotkania z innymi w duchu Kursu Cudów oraz wykłady czy nagrania mogą wspomagać indywidualną przemianę. Ważne jest jednak, żeby ani spotkania, ani wykłady czy nagrania nie stały się substytutem realnych zmian we własnym życiu. Nic ci nie dadzą bowiem dziesiątki spotkań i przesłuchanie setek nagrań, jeśli w umyśle nie ma chęci, by faktycznie żyć tym, czego słuchasz, by wprowadzać to w życie wraz z każdą decyzją, każdym oddechem, każdym gestem i słowem.

W wieloletniej praktyce z ludźmi zauważyłem tendencję u niektórych osób, by opierać się na spotkaniach jako chwilowej uldze od codziennego życia. Osoby takie wyobrażały sobie, że robią Kurs Cudów, ponieważ powtarzają formułki z lekcji Kursu i przychodzą na spotkania, a jednocześnie niewiele lub nic nie zmieniało się w ich zachowaniu, sposobie odczuwania i funkcjonowania w codzienności. Nadal chodziły ze swoimi żalami i trzymały się swoich koncepcji. W Kursie Cudów nie chodzi o ucieczkę od życia, o utyskiwanie i powtarzanie, jak to mamy dość świata, który widzimy, lecz o wprowadzenie Światła Ducha Świętego do codziennego życia i do świata, który widzimy. Robienie lekcji, to nie powtarzanie bez zrozumienia słów podanych w Książce Ćwiczeń Kursu Cudów, lecz pozwolenie, by powtarzane słowa wyrażały nasze wewnętrzne pragnienie, stając się tym samym katalizatorem prawdziwej zmiany w świadomości.

Chcę tu powiedzieć o jeszcze jednej kwestii. Na początku mojej posługi w przekazywaniu przesłania Kursu Cudów używałem określenia „nauczyciel Kursu Cudów” dopoki nie zrozumiałem, że nigdzie w Kursie nie ma takiego pojęcia. Kurs Cudów używa pojęcia nauczyciel Boży, mówiąc jednocześnie, że jest nim każdy, kto chce nim być. Nie czyniło mnie nauczycielem to, że robiłem nagrania online lub prowadziłem spotkania z ludźmi. Nauczycielem czyniło mnie to, co robiłem z ideami Kursu w codziennym życiu i czy pozwalałem sobie być nauczanym przez Miłość we mnie i dookoła mnie. W tym sensie niczym się nie różniłem od tych, którzy mnie słuchali. Jak mówi Podręcznik dla nauczycieli: Nauczanie jest uczeniem się, a zatem nauczyciel i uczący się są tacy sami. Dobrze jest więc pamiętać, żeby nie czynić z nauczycieli, których spotykasz, kogoś wyjątkowego. Oni są tacy sami, jak ty. Ty też jesteś nauczycielem. Czego więc nauczasz? Co demonstrujesz w swoim życiu na co dzień?

Kurs nie jest końcem, a jedynie początkiem
Przez wiele lat traktowałem Kurs jako największe duchowe arcydzieło i koniec mojej duchowej drogi. Dziś już wiem, że się myliłem. Jak mówi sam Kurs w Epilogu: Ten Kurs jest początkiem, a nie końcem. I teraz wiem z własnego doświadczenia – że istnieje jeszcze dużo więcej ponad to, co Kurs ma do zaofiarowania. Jeszcze kilka lat temu nie uwierzyłbym, że wypowiem takie słowa, ale teraz mogę je wypowiedzieć z pełną odpowiedzialnością, ponieważ jest to moim doświadczeniem.

Kurs jest bardzo cennym narzędziem zmierzającym do określonego celu. Jest przeznaczony dla umysłu, który jest mocno osadzony w sferze  intelektualnego, koncepcyjnego pojmowania świata. Dla takiego umysłu Kurs wraz ze swoją dyscypliną codziennego precyzyjnie określonego treningu działa jak wyburzacz koncepcji, pomagając uwolnić się od fałszywych utożsamień i otworzyć się na doświadczenie ponad koncepcjami. Celem Kursu jest pokój i otwarcie umysłu na słuchanie Głosu Ducha Świętego. Gdy ten cel zostaje osiągnięty, jest w porządku pójść dalej i głębiej, bez konieczności dalszego podpierania się Kursem jako formą praktyki. Łatwo bowiem można wpaść w pułapkę robienia rytułału i bożka z samej praktyki, a w takim wypadku praktyka, zamiast być pomocna, staje się wręcz  przeszkodą na drodze do celu.

Przez wiele lat przerabiałem lekcje Kursu Cudów wciąż na nowo i na nowo. Gdy przychodził 1 stycznia, zaczynałem ponownie od lekcji pierwszej. Nie było to bynajmniej podyktowane poczuciem, że Kurs nie działa lub wymaga powtórzenia i utrwalenia. Wynikało to raczej z mojej potrzeby zachowania pewnej dyscypliny przypominania sobie o prawdzie. Z uwagi na to, że każda lekcja zawiera w sobie wszystkie pozostałe (holograficzna natura Kursu Cudów) nie traktowałem treningu umysłu jako procesu, który ma mi przynieść jakiś rezultat w przyszłości, lecz raczej jako okazję do teraźniejszego spotkania z samym sobą. I jestem za całą tę przygodę z Kursem bardzo wdzięczny.

W lutym 2017 r. – czyli na samym początku intensywnych codziennych spotkań online z lekcjami Kursu, które prowadziłem do końca 2017 r. – wiedziałem już, że będzie to ostatni raz, kiedy robię lekcje Kursu. Nie wiedziałem dlaczego. Takie miałem po prostu wewnętrzne przeczucie. A później, nagle, pod koniec 2017 r. pojawiła się w moim życiu Droga Mistrzostwa, która nie tylko pomogła mi pogłębić moje rozumienie Kursu, ale otworzyła mnie na mistyczną podróż w głąb własnego serca. Wtedy wiedziałem już dlaczego nie potrzebuję dłużej robić lekcji Kursu Cudów. Po prostu wcielałem w życie słowa Autora Kursu, który w Epilogu mówi wyraźnie: Więcej konkretnych lekcji nie jest zadanych, gdyż nie są już potrzebne. Odtąd słuchaj jedynie Głosu przemawiającego w Imieniu Boga i Twego Ja. Zamierzałem więc odtąd słuchać jedynie Głosu Ducha Świętego w moim sercu.

Dzisiaj widzę wyraźnie, że gdybym nie puścił Kursu jako formy praktyki, nie doświadczyłbym jeszcze głębszego prowadzenia Ducha, które wykracza poza jakąkolwiek praktykę. Gdy pozwoliłem sobie przyjąć, że już otrzymałem wszystko, co Kurs oferuje i nie potrzebuję go już używać do dalszego przypominania sobie o tym, co już mam, zaczęła się w moim życiu seria wglądów i przypomnień duszy nieporównywalnych z niczym, czego doświadczyłem do tej pory. A przede wszystkim nastąpiło jeszcze pełniejsze przełożenie duchowej wiedzy na praktykę codziennego życia. Kto wie, może kiedyś będę miał okazję, by się tym z wami szerzej podzielić w formie jakiegoś dłuższego artykułu albo nawet książki, bo jest wiele do opowiadania. Choć z drugiej strony czuję, że – ponieważ umysły są połączone – wielu z was na pewnym poziomie przechodzi przez podobny proces. Jeśli więc cokolwiek napiszę, to pewnie jedynie to, co w was już i tak się dzieje. 🙂

Porzucanie osądu
Na razie powiem tylko tyle, że dobrze jest rozwijać w sobie sztukę porzucania wszelkich osądów, jakie mamy na temat czegokolwiek, nawet tych pozytywnych. Te pozytywne zakładają bowiem, że porównujemy to, co oceniamy jako dobre, z czymś, co uznajemy za gorsze. A życie w oparciu o porównania jest potwornie ograniczające. Muszę przyznać otwarcie, że sam bardzo porównywałem Kurs Cudów z innymi przesłaniami i formami nauczania. Dziś już tego nie robię i czuję się lżejszy o tonę własnych osądów. Dzisiaj widzę, że jest tyle dróg do Boga, ile jest ludzi, a nawet więcej. Nie ma jednej drogi lepszej od innych. Co więcej, forma tych dróg może się zmieniać. Tak jak zmienia się leśna górska ścieżka, którą wspinamy się na szczyt, tak samo zmienia się nasza duchowa droga. Jeżeli przez całe życie trzymamy się jednej ścieżki, możemy nie doświadczyć cudownych widoków, jakie odsłonią się przed nami dopiero wtedy, gdy pozwolimy sobie na zmianę.

Pozwolenie na zmiany i puszczanie własnych osądów pomaga nam też nie ulegać pokusie „duchowej” bigoterii, doktrynalnych dyskusji i dogmatyzmu. Jedyne, co nas bowiem tak naprawdę interesuje, to żywe doświadczenie Boga – doświadczenie Samych Siebie – doświadczenie prawdy, która jest w sercu każdego człowieka niezależnie od jego pochodzenia, wyznawanej filozofii czy religii oraz osobistych upodobań i przekonań.

Wracając do Kursu Cudów, można powiedzieć, że jest on po prostu pewnym etapem na drodze duchowej tych, którzy czują się przyciągani do tej formy przekazu. Niektórzy studenci Kursu Cudów używają stwierdzenia, że jest to kurs obowiązkowy, aby toczyć „duchowe” krucjaty i próbować nawracać na Kurs innych ludzi. Takie podejście jest formą ataku i wynika z niezrozumienia intencji Autora tego przesłania. Tak, jest to kurs obowiązkowy w tym sensie, że każdy prędzej czy później dowie się, że oddzielenie nie jest prawdą i wybaczy sobie swoje złudzenia. Może się to jednak wydarzyć za pośrednictwem jakiejkolwiek duchowej praktyki (niekoniecznie treningu umysłu Kursu Cudów) lub spontanicznego przebudzenia niepoprzedzonego żadną duchową praktyką. Nie sądzę, żeby rdzenne ludy w Australii, Afryce czy Ameryce lub buddyjscy mnisi czy mistycy suficcy potrzebowali treningu umysłu Kursu Cudów, by we własnym sercu dotrzeć do tej samej prawdy. Bo najlepszą praktyką, która do prawdy prowadzi, nie jest najprawdziwszy zbiór najpiękniejszych koncepcji, lecz uważne i świadome przeżywanie własnego życia.

Ani to, ani tamto
Podsumowując chcę powiedzieć, że nie chodzi o porównywanie duchowych przesłań ani stawianie któregoś z nich na piedestale. Mimo, że czuję wewnętrznie, że Droga Mistrzostwa, która przyszła do mnie jakiś czas temu, jest dla mnie pogłębieniem nauk Kursu Cudów, to wcale nie zamierzam jej wywyższać ponad inne przesłania. Jest to po prostu pewne narzędzie, które w pewnym momencie ze mną zarezonowało i było pomocne. Czas jednak tak mocno przyspieszył, że już teraz czuję mocno, iż Droga Mistrzostwa, choć faktycznie jest piękną i wszechstronną ścieżką prowadzącą do przebudzenia się w Chrystusowym Umyśle, to i tak jest ona tylko tymczasowym narzędziem, które nie zastąpi najważniejszej czynności, jaka musi się zadziać dla każdego z nas, niezależnie od drogi, jaką wybierzemy – nie zastąpi ona wewnętrznej czynności naszych umysłów, jakim jest PODDANIE SIĘ ŹRÓDŁU NASZEGO STWORZENIA.

Badźmy więc wdzięczni za wszystkie praktyki i inspiracje, ale się z nimi nie utożsamiajmy, gdyż robiąc to, skazujemy się na życie w półprawdzie. Półprawda nigdy nie będzie całą i jedyną prawdą. Półprawda to osąd i przekonanie, że jeden zestaw koncepcji czy pojęć filozoficzych i duchowych jest prawdziwszy od innego. A takie podejśce to dualizm. To życie w modalności: „to lub tamto”. Czy nie byłoby prościej żyć w modalności: „ani to, ani tamto”? Czy nie byłoby sensownie żyć w poczuciu wolności – o której mówi zresztą i Kurs, i Droga Mistrzostwa, i każda rzetelna duchowa nauka – wolności wyrażającej się w rozpoznaniu, że żadna z naszych myśli nie jest prawdziwa? Nie musimy się więc trzymać żadnej myśli, żadnego pojęcia. Możemy żyć w pokornym rozpoznaniu, że sami z siebie tak naprawdę nic nie wiemy, ale prawda w nas wie wszystko. I ta prawda nas wyzwala, gdy pozwalamy sobie ją doświadczać, gdy pozwalamy jej oddychać nami, żyć nami i mówić, i działać poprzez nas.