O wyjściu z nałogu czasu – refleksje po obejrzeniu filmu „Lucy”

Refleksje po obejrzeniu filmu LucyOto artykuł, ktory napisałem pare lat temu po obejrzeniu filmu „Lucy” (coś do naszego kącika filmowego 🙂 ):

Po obejrzeniu filmu „Lucy” siedziałem jeszcze przez jakiś czas na sali kinowej, doświadczając niezwykłej radości. Byłem pod dużym wrażeniem, ale wcale nie dlatego, że film sam w sobie był jakoś wyjątkowo wzruszający, śmieszny, czy trzymający w napięciu. Po prostu pewne idee w nim przedstawione przypomniały mi ponownie moją rzeczywistość.

Założeniem filmu było to, że przeciętny człowiek używa co najwyżej 10% potencjału swego mózgu. Główna bohaterka doświadcza zaś aktywacji swego potencjału i w miarę rozwoju akcji filmu przechodzi od owych 10% do pełni, czyli 100%.

Większość naukowców uznaje obecnie teorię dziesięcioprocentowego wykorzystania mózgu za mit. My załóżmy, że nie mówimy tu o mocy mózgu, ale o poziomie świadomości. Na potrzeby tego artykułu przyjmiemy, że liczba 100% będzie oznaczała całkowitą świadomość tego, czym jest Życie lub Bóg, i czym my jesteśmy w rzeczywistości. Wszystko poniżej tego pułapu będzie opisywało ograniczone, zmysłowe ludzkie postrzeganie. Nie wiem, czy dokładnie to chciał przekazać reżyser, ale przynajmniej ja tak jego film odebrałem.

Jedno z pytań, jakie mógłby sobie zadać widz po obejrzeniu filmu „Lucy”, to: jeśli prawdą jest, że używam jedynie drobnego ułamka swoich możliwości, to czy jestem w stanie dojść do 100%? Z perspektywy mojego własnego doświadczenia obudzenia odpowiedź brzmi jednoznacznie.

Czy każdy z nas ma dostęp do tego doświadczenia? – Tak.

Czy korzystamy z tego dostępu? – Najczęściej nie.

A dlaczego? – Bo jesteśmy pogrążeni w nałogu wiary w czas.

Film „Lucy” był dla mnie przede wszystkim filmem o wyjściu z czasu. Przypomniał mi, że droga wyjścia z czasoprzestrzeni jest prosta, jeśli tylko zdecyduję się nią podążyć. Chciałbym podzielić się tutaj moim osobistym odbiorem kilku wybranych idei przedstawionych w tym filmie oraz tym, jak odzwierciedliły się one w moim doświadczeniu.

Interwencja spoza czasu
Lucy, główna bohaterka filmu, to typowy przedstawiciel gatunku ludzkiego. Tak, jak inni ludzie, wierzy, że jest oddzielną jednostką, żyjącą w czasie i przestrzeni. I choć wiążą się z tym stanem rzeczy pewne niedogodności, jak martwienie się o przyszłość, obrona przed zagrożeniami, doświadczenie bólu i śmierci, to nie zamierza ona zmieniać swojej sytuacji. Dlaczego miałaby to robić? Przecież według tego paradygmatu – takie jest życie. Lucy nawet nie podejrzewa, że może istnieć alternatywa dla tego stanu, coś innego niż dobrze jej znana kondycja ludzka.

Pewnego dnia przydarza się jej jednak coś zaskakującego, czego efekty z perspektywy czasu można by określić jako cud, czy też interwencję spoza jej układu odniesienia… W filmie zobrazowano to jako przypadkowe przedostanie się do komórek jej ciała dużej ilości nowego eksperymentalnego narkotyku. To powoduje, że Lucy zaczyna przechodzić wewnętrzną transformację, która diametralnie zmienia jej postrzeganie czasu i przestrzeni. Wykorzystując coraz więcej możliwości swego mózgu (czy też, w naszym rozumieniu: stając się bardziej świadomą), Lucy powoli przestaje myśleć tak, jak myśli człowiek. Przestaje wierzyć w czas. Nagle doświadcza tego, że może go dowolnie zmieniać. Nie jest już dłużej pionkiem na szachownicy. Staje się graczem, który podług swojej woli aranżuje ustawienie wszystkich pionków na planszy, czy też w polu jej postrzegania.

Rewolucja w świadomości
Mogłoby się wydawać, że wszystko, co przydarza się Lucy po drodze do odkrycia jej pełni, jest ekscytujące i godne pozazdroszczenia. Te wszystkie nadludzkie moce, umiejętność czytania w myślach, kontrolowania innych ludzi, a nawet całego czasu i przestrzeni… Czy jednak rzeczywiście jest to tak „wspaniałe”? Jeśli mam być szczerzy, to tak naprawdę stan pośredni między 10 a 100% mnie osobiście nie za bardzo interesuje. Bo co mi z tego, że będę superbohaterem o wielkiej mocy, jeśli i tak nadal będę śmiertelny, i w końcu umrę?  Co z tego, że będę w stanie manipulować formą wedle swego życzenia, jeśli ostatecznie czeka mnie unicestwienie? Jedyne rozwiązanie – to pójść na całość, nie godzić się na kompromis, nie poprzestawać na 50, czy nawet 99%… I taką decyzję podejmuje też nasza bohaterka.

Człowiek jest uzależniony od czasu, polega na czasie, żyje w czasie, identyfikuje się z czasem. Gdyby odebrać mu tę identyfikację, nie będzie już dłużej „sobą”, istotą, która doświadcza starości, choroby i śmierci. „Straci” wszystko, co znał do tej pory – będzie musiał puścić cały ból i lęk, które dotąd tak bardzo cenił. Będzie musiał wyjść poza bezpieczną sferę ograniczonego zmysłowego postrzegania. Będzie musiał porzucić swoją odrębną tożsamość.

To właśnie zrobiła Lucy. Dlatego przestała się bać i odczuwać ból. Uświadomiła sobie po prostu, że nie jest ciałem. Można by to nazwać ewolucyjnym skokiem, czy też rewolucją w świadomości, jak by to określił profesor Norman, drugi bohater filmu, badający teorię możliwości pełnego wykorzystania ludzkiego mózgu. Lucy zademonstrowała dla niego, czym jest taka rewolucja w praktyce. Okazuje się, że jest ona faktycznie końcem czasu, czyli w zasadzie – końcem człowieka takim, jakim on siebie skonstruował i jakim siebie rozumie. Bycie w 100% świadomym tego, kim się jest, oznacza więc również koniec mózgu, czy też koniec identyfikacji z mózgiem, z tym co on reprezentował. Trudno tu nawet mówić o dalszej ewolucji, bo w momencie osiągnięcia 100% wyszliśmy już poza jej pole działania. Oto dowód na to, że fizyczność nie jest prawdziwa. Oto doświadczenie prawdziwego fizycznego zmartwychwstania – nie po śmierci, ale tu i teraz. I oto rozpoznanie jedności wszystkich i wszystkiego – rozpoznanie wiecznej rzeczywistości ponad ideą ciała i oddzielenia.

Złudzenie czasu
Profesor Norman już na początku filmu zaprezentował bardzo istotną ideę: gatunki, które znajdują przyjazne środowisko, zadomawiają się w nim, a następnie przekazują całą swoją wiedzę (pod postacią genów) potomstwu. Można by powiedzieć inaczej – decydują się przedłużać czas. Z kolei gatunki znajdujące się w ekstremalnie niekorzystnych warunkach, do których nie są w stanie się przystosować, wybierają nieśmiertelność. Można by powiedzieć inaczej – mają dość i dobrowolnie rezygnują z czasu, zamiast walczyć w nim o przetrwanie. Rezygnują ze świata śmierci, ewolucji, a przede wszystkim – z idei swej odrębności, z idei siebie, która trzyma ich w czasoprzestrzeni. I to też zrobiła Lucy. Tak naprawdę, gdy zaczęła się jej fizyczna przemiana, nie miała już odwrotu. Wiedziała, że musi iść dalej, choć nie zdawała sobie wtedy nawet sprawy, co to oznacza.

A teraz ciekawe pytanie: co ja zrobiłbym w takiej sytuacji, lub może raczej: co ja ROBIĘ w tej sytuacji? Jeśli myślę, że mam jakąś opcję, jakiś wybór, to jest pewne, że będę nadal wybierał. Innymi słowy, będę się dostosowywał do egzystencji w czasie i podtrzymywał to, co mam, co rozumiem, czym – jak wydaje mi się – jestem. Wyjście z czasu staje się możliwe tylko wtedy, gdy naprawdę jestem w postawiony pod ścianą, nie mam już wyboru, czyli naprawdę jestem zmuszony przyznać przed sobą, że mam dość. Zastanówmy się, czy warunki do podjęcia takiej decyzji muszą być ekstremalnie niekorzystne? Jeśli się dobrze rozejrzę po moim świecie, nie powinienem potrzebować wiele, by przyznać, że one już są ekstremalnie niekorzystne. Idea oddzielonej tożsamości to idea maksymalnego konfliktu i lęku. Idea czasu to idea śmierci. Czy może być coś bardziej ekstremalnego?

A wyjście z czasu wcale nie jest trudne, czego właśnie doświadczyła Lucy i czym dzieliła się z profesorem Normanem i jego kolegami. Tłumaczyła im, że cała matematyka opiera się na fałszywym założeniu, że jest coś takiego jak „jeden”. Podstawowa ludzka jednostka miary – jedynka – jest jedynką dlatego, że odnosimy ją do czegoś innego niż ona sama. Tworzymy więc ramy odniesienia – czas i przestrzeń. I wierzymy w najwięsze oszustwo wszechświata – że jeden plus jeden równa się dwa. A co jeśli czas i przestrzeń nie są prawdziwe? Co jeśli nie ma czegoś takiego jak oddzielenie? Wówczas rozpoznajemy, że rzeczywistość to zero lub mówiąc ściślej – Pełnia. Wówczas doświadczamy, tak jak Lucy, że cały czas i cała przestrzeń dzieją się w tej chwili. Wychodzimy ponad prędkość światła i widzimy, że liniowy czas to złudzenie. Jedyne, czego nam potrzeba, to otworzyć się na zmianę paradygmatu, na drobną korektę myślenia…

Wyjście z kina
Gdy wyszedłem z kina, czułem ogromną wdzięczność. Nie dlatego, że film był jakimś szczególnym arcydziełem, ale dlatego, że przypomniał mi, co mam robić. Już przed filmem wiedziałem, że oddzielenie nie jest prawdziwe, a ludzka egzystencja oparta na czasie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Już wcześniej doświadczyłem mojego przebudzenia i tego, kim naprawdę jestem. Teraz zaś przypomniano mi, że moim zadaniem jest o tym NIE ZAPOMINAĆ. Mam być całkowicie świadomy tego, co robię w swoim umyśle w tej chwili. Jako człowiek byłem nieświadomy własnej nieświadomości. Teraz już nie mogę sobie pozwolić na ten „komfort”. Zauważam więc, że jako człowiek jestem kompletnie niepoczytalny, bo wierzę w czas. Gdy to zauważam, poczytalność wraca. Otwieram bowiem swój umysł na korektę. I czas się kończy. Powraca doświadczenie tego, kim jestem.

Nie mam więc już żadnego usprawiedliwienia, by nie używać w stu procentach swojej Rzeczywistości. Za każdym razem, gdy nie używam stu procent, czyli gdy nie używam Boga, i zamiast tego polegam na sobie, to w czynny sposób przedłużam czas i sprzeniewierzam się swojemu celowi, swojej misji. Innymi słowy – nie jestem sobą. Ból niebycia sobą, czyli ból częściowości – robienia czegokolwiek z zakresu 1 do 99% – stał się nie do zniesienia. Trzeba pójść dalej. Kwantowy skok, czyli rewolucja świadomości, nie jest już opcją, ale koniecznością.

One Reply to “O wyjściu z nałogu czasu – refleksje po obejrzeniu filmu „Lucy””