System myślowy – najnowsze tłumaczenie

Poniżej znajdziesz najnowsze tłumaczenie wykładu Mastera Teachera pt.: „System myślowy” z książki „Jakże proste jest rozwiązanie”. W wykładzie tym Master Teacher sporo odnosi się do filmu „Muzyk” z 1962 r., mówiąc o ludzkim myśleniu opartym na konkretach i ograniczeniu oraz  o naturze  prawdziwego  myślenia, które jest całkowicie abstrakcyjne i oparte na szerzeniu miłości. W filmie tym główny bohater, oszust i naciągacz, okazuje się ostatecznie zbawicielem. Nie tylko uzdrawia on swoją postawą całą społeczność małego miasteczka River City, ale i sam zmienia się całkowicie… pod wpływem miłości. Film nie został niestety przetłumaczony na język polski.

A oto tekst wykładu:

Posłuchaj przez chwilę tego, co ci mówię, ponieważ pojawia się to teraz w moim umyśle bardzo wyraźnie. Myślę tu o zestawieniu idei konkretności z ideą czegoś, co można by nazwać „szerzeniem pojedynczości” lub też stopni prawdy, czy duchowości… Myślę o jednej z największych moralnych alegorii w amerykańskim teatrze – o sztuce „Muzyk” („Music Man”)*. W „Muzyku” zawarte zostały wszystkie ludzkie idee dotyczące duchowego przebudzenia oraz ograniczonych definicji Boga.

System myślowy
Scena z filmu „Muzyk” z 1962 r. (na zdjęciu Shirley Jones i Robert Preston)

Sztuka zaczyna się od sceny, w której człowiek sprzeniewierzający się prawdzie śpiewa piosenkę: „Musisz znać swoje terytorium”. Innymi słowy, musisz myśleć w sposób konkretny w związku przyczynowo-skutkowym, po to, abyś mógł się komunikować. Symbolem tego jest wędrowny sprzedawca kowadeł, który jest całkowicie konkretny. Cóż on takiego robi? Kogo próbuje dopaść? Próbuje dopaść magika. Dlaczego? Ponieważ magik sprzedaje – co? Idee! Magik nie musi znać terytorium. Czy Bóg musi znać terytorium? To absurdalne! On nie musi znać terytorium. Co więc mówi ten sprzedawca kowadeł? Mówi tak: „Jest taki człowiek, który sprzedaje instrumenty muzyczne, mundurki i książki z nutami”. Inny sprzedawca odpowiada na to: „Co jest z tym nie w porządku?”. Sprzedawca kowadeł odpowiada: „On nie ma o tym pojęcia… Nie potrafi czytać nut, ani odróżnić skrzydłówki [przyp. tłum.: instrument muzyczny dęty blaszany] od drumli”. Oczywiście, że on tego nie potrafi! Dlaczego? Bo on ma pewną ideę.

Gdy próbujesz przekazać jakąś ideę w dualizmie, to najpierw musisz przedstawić konkretny problem. Co więc Muzyk mówi wtedy do Buddiego? Mówi tak: „Nie wiem, czy tu pozostanę, muszę dać im jakiś problem, sprawić, że uznają…”. Co takiego mają uznać? Że mają problem. I on właśnie to czyni, używając piosenki o stole bilardowym. Prezentuje im poważny problem i pokazuje, że dzięki swemu pomysłowi może go rozwiązać. Czyż to nie piękne?

W jaki sposób w tej alegorii o Muzyku główny bohater szerzy miłosierdzie i życzliwość? Poprzez zjednoczenie lokalnej społeczności. Lecz czego mu jeszcze brakuje? Jakiego składnika mu brakuje? Miłości. Oczywiście, że tak! Brakuje tam miłości. Dotyczy to również kochania samego siebie. Co zatem reprezentuje postać bibliotekarki Marion? Postrzega ona dobro, które Muzyk czyni w miasteczku. Początkowo z wyrozumiałością i intelektualnym zrozumieniem przeocza jego wady. To właśnie jest miłość, piękny przykład miłości. Na intelektualnym poziomie ona uzasadnia sposób w jaki na niego reaguje.

Wreszcie jej pojęcie na temat Boga, które jest tym samym, co Muzyk i ona sama, staje się bardzo wyraźne. Wtedy zupełnie tracą na znaczeniu cechy negatywne Muzyka, na które zwraca uwagę sprzedawca kowadeł, stwierdzając, że trzeba raczej przyjrzeć się szczególnym cechom tego człowieka niż jemu jako całości. Wówczas Marion całkowicie poddaje się idei komunikacji z Muzykiem i wreszcie kocha go bezwarunkowo. Co takiego czyni wtedy on? Natychmiast odpowiada miłością do niej. Co się wówczas dzieje? Zwycięstwo odnosi System Myślowy, czy też „idea”. Oczywiście, że tak! Jakże mogłaby nie odnieść zwycięstwa! Rozumiesz?

Oto piękny przykład tego, jak człowiek – często bezwiednie – konstruuje prawdziwe alegorie. Oczywiście, że tak. Tak naprawdę próbujemy tutaj powiedzieć – trudno jest to pojąć, ale tego naucza Jezus w Kursie Cudów – że umysł, tak jak idea, jest całkowicie abstrakcyjny. W chwili, gdy umysł staje się konkretny, umiera, ponieważ na zewnątrz siebie ustanowił rzeczywistość osądu. Dokładnie tego próbuje nauczać Jezus w Kursie Cudów. Oto twój wybór: możesz być sprzedawcą kowadeł – co oznacza, że dosłownie redukujesz całe życie do jednego przedmiotu, który możesz zidentyfikować, czyli do śmierci, konkretności – lub też zwrócić się całkowicie ku idei pełni, prawdy i miłości, czyli – ku Bogu.

Oto, co próbujemy tutaj z tobą zrobić: chcemy cię poprowadzić – w sposób fizyczny, mentalny, emocjonalny, moralny, poprzez działanie i niedziałanie – do natychmiastowego rozpoznania prawdy, czyli Boga, i odłączenia jej od idei śmierci. Jedynie tym się zajmujemy. Robimy to na wiele sposobów. Mówimy ci na przykład: „Jeżeli istnieje Bóg lub prawda, to dosłownie nie może istnieć coś takiego, jak śmierć”. Kropka. Nie odnajdziesz tej idei tu na Ziemi, ponieważ jej tu nie ma. Wytworzenie Ziemi w twoim procesie mentalnym opiera się na dualizmie czy też rozczłonkowaniu, konkretności bądź śmierci. Gdy tylko coś w jakikolwiek sposób ograniczysz, to po prostu umierasz. Próbujemy skłonić cię do abstrakcyjnego myślenia. A to jest trudne, ponieważ wszystkie twe odnoszące się do twojej jaźni idee opierają się na fałszywym rozróżnieniu zawartych w tobie wzorców pamięci w twoim związku z fałszywą tożsamością. Rozumiesz?

Mogę mówić do ciebie z najwyższego poziomu zaawansowania. Jeśli odczuwasz lęk w jakiejkolwiek postaci, to dosłownie nie możesz kochać. Marion rozpoznała Muzyka poprzez spojrzenie na wskroś wszystkich jego lęków i przeoczenie jego wszystkich nieprzystających do jej wyobrażeń cech. O czym mówią wszystkie jej piosenki? Na co ona czeka? Na Boga. Gdzie Go jednak nie znajdzie? Na zewnątrz siebie. Gdzie zaś Go znajdzie? W rozpoznaniu siebie samej w związku z całą społecznością i jej całkowitą miłością do Niego. To bardzo piękne.

Pamiętaj, że nie możesz doświadczać emocji w jakiejkolwiek postaci, która ostatecznie nie byłaby obiektywna. Kiedy się gniewasz, to zawsze gniewasz się na coś, na kogoś, na jakąś okoliczność czy ideę. Być może tego nie zauważasz, ale to robisz. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ gniew, śmierć i smutek muszą być konkretne. Muszą dotyczyć jakiegoś obiektu. Absurdalna jest owa dziwna, nauczana dzisiaj w chrześcijaństwie idea, głosząca, że człowiek taki jak Jezus musi przejść fizyczny proces śmierci, być prześladowany i umęczony po to, aby zmartwychwstać i odkryć prawdę. Śmierć nigdy nie prowadzi do życia! Jeśli istnieje coś takiego, jak śmierć, to nie ma wieczności, nie ma życia. Nie mogłoby ono istnieć. Spójrz na nabożeństwa wielkanocne, podczas których człowiek wyraża swoją absolutną determinację, aby uznać raczej rzeczywistość śmierci zamiast rzeczywistości Boga. Oczywiście, że człowiek to robi. Nie może tego nie robić. Tak jest skonstruowany.

Właśnie przyszło mi coś do głowy i poczytam ci o tym przez chwilę z Kursu Cudów, ponieważ chcę, żebyś to zrozumiał. Ach, mógłbym ci o tym wspomnieć, ale nie wiem, czy ci to pomoże. Posłuchaj.

Całkowita abstrakcja jest naturalnym stanem umysłu. Ale teraz jego część jest nienaturalna. Nie patrzy ona na wszystko jako na jedność. Widzi natomiast tylko fragmenty całości, gdyż tylko w ten sposób mogłaby wytworzyć częściowy świat, który widzisz. Celem wszelkiego widzenia jest pokazać ci to, co pragniesz widzieć. Wszelkie słyszenie przynosi twojemu umysłowi jedynie dźwięki, które on chce słyszeć.

W ten sposób powstały konkrety. Teraz więc w naszej praktyce musimy posłużyć się konkretami. Widzisz to? Posłuchaj. Jeden brat to wszyscy bracia. Każdy umysł zawiera wszystkie umysły, gdyż każdy umysł jest jednym. Taka jest prawda. Czy jednak te myśli wyjaśniają sens stworzenia? Czy te słowa przynoszą ci doskonałą jasność? Czym mogą się wydawać, jak nie pustymi dźwiękami, ładnymi, być może, poprawnymi w odczuciu, jednakże zasadniczo niezrozumianymi i niezrozumiałymi. Umysł, który nauczył się myśleć konkretnie, nie potrafi już pojmować abstrakcji jako wszechogarniającej. Musimy zobaczyć odrobinę, żeby się wiele nauczyć. (Lekcja161) To niesamowite! To wielka prawda. Tego właśnie nauczamy.

Jeśli każdego dnia i w każdej chwili będziesz to rozpoznawał, pomoże ci to w twoim związku z samym sobą. Podczas gdy twoje doświadczenie prawdy będzie się pogłębiać, w każdym momencie – na tyle, na ile potrafisz – przypominaj sobie o tym, że nie możesz umrzeć. To ci pomoże. Jest oczywiste, że przenosisz błędny wzorzec tego, kim jesteś, z wczoraj na jutro. Ale nie możesz tego uczynić. Ty dosłownie myślisz, że możesz wstać, wyjść stąd i coś zrobić. Wszyscy tak myślicie. Ale nie możesz tego zrobić! Pozostajesz sam ze sobą w swoich ograniczeniach i właśnie dlatego utożsamiasz się z własną śmiercią. Oczywiście, że to robisz.

Kurs Cudów w Lekcji 163 mówi tak:

Śmierć jest myślą, która przyjmuje wiele form, często nierozpoznanych. Może ona jawić się jako smutek, lęk, niepokój lub zwątpienie, jako gniew, brak wiary i zaufania, jako troska o ciała, zawiść i wszelkie formy, w których może cię kusić pragnienie bycia innym niż jesteś. Wszystkie takie myśli są tylko odbiciem oddawania czci śmierci jako tej, co wybawia i daje wyzwolenie.

Jako ucieleśnienie lęku, siedlisko grzechu, bóstwo winnych oraz pan wszelkich złudzeń i oszustw, myśl o śmierci zaprawdę zdaje się potężna. Albowiem wydaje się, że trzyma wszystkie żywe istoty w swej uschniętej dłoni, wszelkie nadzieje i pragnienia – w swym niszczycielskim uścisku, a wszelkie cele postrzega jedynie swymi niewidzącymi oczami. Słabi, bezradni i chorzy kłaniają się przed jej obrazem, sądząc, że tylko ona jest rzeczywista, nieuchronna i godna ich zaufania. Jedynie ona bowiem z pewnością nadejdzie.

Wszystko prócz śmierci widzi się jako niepewne, zbyt szybko tracone, choć z trudem zdobywane, niepewne w swych skutkach, skłonne zawodzić nadzieje, które kiedyś rodziło, i pozostawiać po sobie smak prochu i popiołu w miejsce aspiracji i marzeń. Ale na śmierć się liczy. Albowiem nadejdzie pewnymi krokami, kiedy nadejdzie jej czas. Nigdy nie zawiedzie, by zabrać ze sobą wszelkie życie jako zakładnika.

Czy chciałbyś kłaniać się takim bożkom? Tu widzi się moc i siłę samego Boga w bożku zrobionym z pyłu. Tu przeciwieństwo Boga ogłasza się panem wszelkiego stworzenia, silniejszym niż Boża Wola życia, nieskończoność miłowania i doskonała, niezmienna stałość Nieba. Tu Wola Ojca i Syna zostaje w końcu pokonana i złożona na spoczynek pod nagrobkiem, który śmierć postawiła na ciele świętego Syna Bożego.

Pozbawiony świętości w porażce, stał się tym, czym śmierć chciała, by był. Jego epitafium, które napisała sama śmierć, nie daje mu żadnego imienia, gdyż obrócił się w proch. Czytamy tam tylko te słowa: „Tu spoczywa świadek tego, że Bóg umarł”. I pisze to właśnie śmierć raz po raz, podczas gdy jej czciciele godzą się z tym, i klęcząc, biją czołami o ziemię oraz szepczą bojaźliwie, że tak właśnie jest.

Posłuchaj.

Niemożliwością jest, by czcić śmierć w jakiejkolwiek formie i nadal wybierać kilka form, których nie hołubisz i chciałbyś uniknąć, jednocześnie wierząc w pozostałe. Albowiem śmierć jest czymś totalnym. Wszystko albo umiera, albo żyje i umrzeć nie może. Niemożliwy jest jakikolwiek kompromis. Tu bowiem raz jeszcze widzimy oczywiste stanowisko, które musimy uznać, jeśli mamy zachować zdrowie umysłu: to, co całkowicie przeczy jednej myśli, nie może być prawdziwe, chyba że jego przeciwieństwu udowodni się fałsz.

Idea śmierci Boga jest tak niedorzeczna, że nawet obłąkani z trudem w nią wierzą. Albowiem zakłada ona, że Bóg był kiedyś żywy i w jakiś sposób zginął, najwidoczniej zabity przez tych, którzy nie chcieli, by przeżył. Ich silniejsza wola mogła zatriumfować nad Jego Wolą, toteż życie wieczne ustąpiło śmierci. A wraz z Ojcem umarł także Syn.

Czciciele śmierci mogą się bać. A jednak, czy takie myśli mogą budzić strach? Gdyby zobaczyli, że wierzą tylko w to, zostaliby natychmiast wyzwoleni. I dzisiaj im to pokażesz. Nie ma śmierci, a my wyrzekamy się jej teraz w każdej formie dla ich zbawienia, jak i dla naszego. Bóg nie wytworzył śmierci. Każda forma, jaką ona przybiera, musi być zatem złudzeniem. Takie dziś przyjmujemy stanowisko. I dane jest nam spojrzeć poza śmierć i ujrzeć życie poza nią. Niesłychane!

Z intelektualnego punktu widzenia wydaje się to proste. Ta idea wydaje się prosta i wielu z was powie: „Rozumiem bardzo dobrze, że nie mogę umrzeć”. Lecz sposób, w jaki to wyrażasz, wskazuje raczej na to, że właśnie umrzesz. Wiesz dlaczego? Bo znajdujesz się w pułapce niezwykłego dylematu przyczyny i skutku. Ty faktycznie wierzysz, że to, co zrobiłeś wczoraj, wywoła zmianę w czymś, co zdarzy się jutro. Zapewniam cię, że w to wierzysz! Co więc takiego czynisz? Porządkujesz swoje myśli, głuptasie! Gdy to robisz, to natychmiast przyjmujesz odpowiedzialność za to, co robisz. A jeśli przyjmujesz odpowiedzialność za to, co robisz, to czym będziesz musiał się stać? Konkretem! Będziesz musiał poznać cholerne terytorium! Będziesz musiał zdobyć gotówkę na prowiant. Będziesz musiał w bardzo konkretny sposób zadecydować, co chcesz, aby było w porządku, a co nie chcesz, aby było w porządku. Dopóki to robisz, będziesz umierał. Przykro mi. Dlaczego? Ponieważ ograniczyłeś swoją ideę na swój temat.

Czego my tutaj nauczamy? Miłości! Czego nauczamy? Braterstwa! Czego nauczamy? Przebaczenia! Spójrz wprost na kogoś. Czy rzeczywiście jesteś ideą o tym, kim – jak myślisz – jesteś? Czy jest coś, czemu powinniśmy się w tobie przyjrzeć? Czy zdarza ci się gniewać? Czy zdarza ci się kochać? Czy czasami jesteś lubieżny? Czy czasem tyjesz, chudniesz lub brzydniesz? Czy zdarza ci się nienawidzić, a kiedy indziej kochać? Kogo tak naprawdę osądzam? Oczywiście siebie samego! Cóż takiego uczyniłem? W ramach mojej ograniczonej świadomości wytworzyłem ideę tego, kim jesteś. Dobry Boże!

Scena z filmu Muzyk

Czy nauczamy tutaj Systemu Myślowego? Jasne, że tak! Nauczamy Systemu Myślowego. Nie musisz znać nut. Myślisz, że Beethoven napisał Piątą Symfonię zbierając do kupy nuty? Nie! Ludzie sięgają po taką symfonię i dzielą ją na części. Beethoven nie myślał w ten sposób! On używał Systemu Myślowego! Mozart mówił: „Używam Systemu Myślowego”. Gdy pytali go: „Kiedy to napiszesz? Kiedy skończysz?”, on odpowiadał: „Ja już to napisałem. Już to pomyślałem”. To już się w nim dopełniło.

Czego więc nauczamy? Musimy wejść do iluzji i w konkretny sposób nauczyć cię, jak nie być konkretnym. A więc stoję tu przed tobą jako ten, kogo mógłbyś nazwać „zaawansowanym nauczycielem Bożym”. Z najwyższego poziomu zaawansowania powiedziałbym ci tak: „Nie wierz niczemu, co mówię”. Dopóki nie uznasz, że jestem zmartwychwstałym Chrystusem, to w swoim umyśle będziesz miał o mnie błędne wyobrażenie, gdyż nadasz mi cechy, określające naszą wzajemną relację. I oczywiście będziesz miał wówczas rację. Ja widzę ciebie jedynie jako Chrystusa. Tak nauczamy Kursu Cudów na najwyższym poziomie zaawansowania. Nawet nie mógłbyś mieć idei ani wyobrażenia prawdy, jedności, czy też boskości, jeśli jednocześnie sam byś tym wszystkim nie był.

Jezus nauczałby o tym w Kursie tak: Ty stwierdzasz, iż coś istnieje, a następnie temu zaprzeczasz. To tak, jakbyś chodził sobie, mówiąc: „Nie wierzę w Boga”. To niedorzeczne! Bóg oczywiście nie wymaga, abyś w Niego wierzył. Do diaska, nie musisz również wierzyć w świętość swojego brata! On jest święty niezależnie od tego, czy w to wierzysz, czy też nie. Jedynie ty masz z tym problem, ponieważ zaprzeczasz Bogu. Kochaj Pana Boga swego całą swoją mocą, a bliźniego swego jak siebie samego. Bracie, to jest jedyne, podstawowe nauczanie. Absurdalne podejście współczesnego chrześcijaństwa, które uznaje, że w jakiś sposób mógłbyś kochać Jezusa, a nienawidzić i atakować swojego brata, jest obłąkane. Oczywiście, że tak!

Istotą przesłania Kursu Cudów oraz mojego nauczania jest idea transformacji. Idea ta używana jest w Kursie kilkakrotnie i odnosi się do zdolności szerzenia całkowitej miłości dzięki rozpoznaniu tego, kim jesteś. Podajmy tu przykład tego, co dzieje się z naszym Muzykiem, kiedy staje oko w oko z miłością. Nie może już jej unikać. Mówi tak do chłopca: „Będę z tobą szczery”. W tamtym momencie naprawdę próbuje być szczery. Gdy chłopiec pyta go: „Czy jesteś kłamcą?”, odpowiada mu: „Tak”, a następnie próbuje się usprawiedliwić. Mówi: „Przecież macie swój zespół”. Chłopczyk pyta go więc: „Jaki zespół?”. Muzyk odpowiada: „Ja w swoim umyśle zawsze widzę jakiś zespół”. A potem dodaje: „A teraz wpadłem w sidła i nie mogę już uciekać”. Dlaczego? Bo on wpadł w sidła miłości. Tego tak naprawdę nauczamy – przebaczenia.

Nieuniknione jest to, że jednostkowa tożsamość bierze to, czego naucza się w złudzeniu i usiłuje osadzić to w ograniczonych ramach swojej indywidualnej świadomości. Nadaje Bogu pewne cechy. Nie może tego nie robić. Tak naprawdę nauczamy akceptacji, nieosądzania, uświadomienia sobie, że poprzez poddanie oraz akceptację doświadczysz procesu rozpoznania swojego prawdziwego dziedzictwa. Tego właśnie nauczamy.

Idea znaków i symboli reprezentujących prawdę w złudzeniu jest prawdziwa, ponieważ idea może się ugruntować jedynie dzięki słowu. Można to opisywać na wiele sposobów. Jeśli na przykład weźmiemy tę świeczkę, to jeśli zapragniemy, możemy – ty i ja – porozumieć się i podzielić pełnym rozpoznaniem, że ta świeczka jest światłem świata. Zapewniam cię, że tak jest. Każdy z was w tym mroku nierzeczywistości ma w sobie iskrę, światło. W twoim ponownym połączeniu z Wielkimi Promieniami – to wyrażenie Jezusa z Kursu Cudów – przyspieszasz w swoim własnym mikrokosmosie rozpoznanie tożsamości, która obejmuje cały wszechświat. W jaki sposób to robisz? Poprzez wyeliminowanie swojej karmy, swojego wspomnienia, czy też ciemności, którą uznałeś za swoją rzeczywistość. Najlepiej można to wyrazić poprzez stwierdzenie: „Jak na górze, tak na dole”. Dopóki masz w swoim umyśle ideę potencjalności, będziesz myślał, że możesz czegoś dokonać w przyszłości, na przykład w przyszłym tygodniu, i w ten sposób ograniczysz swoje wyobrażenie na swój temat. A to jest zwyczajnie niemożliwe.

Bóg jest po prostu działaniem, tak jak to przedstawiono w filmie „Muzyk”. Cały wszechświat nie jest niczym innym, jak stałym stanem pełnej i absolutnej tożsamości. W świadomości nie ma nic biernego, ponieważ świadomość jest tak naprawdę wiecznym stwarzaniem. I tu pojawia się dylemat związany z pojęciem kowadła. Jest to dylemat związany z pojęciem czegoś statycznego. Jest to niezwykła idea, że coś może zawierać w sobie potencjał, który jeszcze nie został uwolniony i przez to trzyma cię w czasoprzestrzeni. Rozumiesz? Gdy postrzegasz coś jako statyczne lub jeszcze nie dokonane, to tym samym uznajesz ideę śmierci. Tak naprawdę śmierć jest tą myślą, która jest dla ciebie najbardziej żywa i aktywna. Idea śmierci jest całkowicie aktywna! Oczywiście, że tak! Jakże mogłaby być inna? Nie możesz pomyśleć o czymś potencjalnym, jednocześnie tego nie aktywując. Wszechświat to twoja idea działania. Tak, to twoja własna idea!

Problem z twoim dualistycznym myśleniem polega na tym, że chętnie przyznajesz, iż możesz mieć jakąś myśl, zbiór idei, z którego wybierasz sobie cząstkę, by ją aktywować. I teraz utknąłeś na dobre. Dlaczego? Ponieważ teraz masz Boga na zewnątrz siebie. Wytwarzasz Boga jako coś potencjalnego. To nieprawda. A oto najprawdziwsza myśl, jaką mogę ci dać: dopóki czegoś nie aktywujesz, to jest to niczym. I oto w czym jest problem: ponieważ nie ma czegoś takiego, jak „nic”, to tak naprawdę twoja idea aktywowania tego jest dualistyczna. Nie mogę cię tego nauczać, ale zapewniam cię, że to prawda. Niechaj stanie się Wola Boga, ponieważ ona zawsze się stawała i nieustannie się staje. Spróbuj to zrozumieć, jeśli potrafisz. Do licha, jeśli zredukujesz to choć odrobinę, to wytworzysz sobie jakieś jutro! Przestań to robić! Nie wytwarzaj jutra! Scenariusz, który dla siebie napisałeś, jest naprawdę beznadziejny. Niezależnie od tego, jak bardzo próbujesz go wygładzić, jak bardzo zapewniasz, że kochasz i bez względu na to, czym – jak myślisz – jesteś, to wszystko jest niczym. Wszystkie twoje wspomnienia są tym, co nazywamy „postschizmą”. One są z tobą od chwili, gdy oddzieliłeś się od pojedynczej prawdy.

Jeśli chcesz sięgnąć do Kursu Cudów, to znajdziesz to w lekcji 163 z Książki Ćwiczeń. Lekcja 164 mówi o Odwiecznej Melodii, która w tobie rozbrzmiewa, którą możesz usłyszeć i którą razem nucimy, uświadamiając sobie naszą wieczną rzeczywistość. I właśnie to rozpoznajesz. To bardzo radosne. I czego wówczas nauczamy? Oto bezpośredni cytat: Zbawienie świata – takim, jakim go sobie wyobrażasz – zależy od ciebie. Ty dosłownie wytworzyłeś wszystko, co składa się na dualizm. To są twoje wytwory. Robisz to ze swoją rodziną, pracą i z wyobrażeniami na swój temat. My zaś prosimy cię jedynie, abyś przyjął całkowitą odpowiedzialność za świat. Aby być Chrystusem, musisz być gotów przyjąć to brzemię z radością. Dlaczego? Ponieważ rozpoznajesz, że nie ma żadnego brzemienia. Ty zaś bardzo chętnie bierzesz odpowiedzialność – widzę, jak to robisz – za wiele spraw na Ziemi, ale ostatecznie powiesz mi w końcu tak: „Nie mogę być przecież odpowiedzialny za tamto”. Stoję tu, by obudzić cię z twego snu i mówię ci, że jesteś odpowiedzialny za świat. Dopóki się tu nie pojawiłeś, świata tu nie było. Dopóki nie skonstruowałeś go w rozdwojeniu, dopóki nie spojrzałeś „w zwierciadle, niejasno” (Kor 13,12 – przyp. tłumacza), świat nie istniał i nigdy nie mógł zaistnieć.

Nauczamy, abyś myślał w sposób abstrakcyjny. Poruszy to wiele z twoich indywidualnych karmicznych wspomnień. Czemu nie? Jak wiele doświadczeń miałeś w swojej indywidualnej świadomości? Posłuchaj uważnie tego, co ci powiem: przeżyłeś i nadal przeżywasz wszystko, co kiedykolwiek wydarzyło się od momentu schizmy. Rozumiesz to? Posłuchaj mnie. Ukrzyżowanie Jezusa Chrystusa dzieje się w tej chwili. Kim ty jesteś? Czy jesteś człowiekiem na krzyżu? O tak. Czy jesteś rzymskim żołnierzem? O tak! Zaczynasz to czuć? Czy to ty jesteś Piotrem wypierającym się Jezusa? O tak. Czy jesteś Tomaszem patrzącym na jego przebite dłonie? O tak. Czy jesteś Judaszem, który go zdradził? O tak, głuptasie. Któż inny to mógłby być?

Jesteś tutaj, ponieważ znajdujesz się w stanie zaprzeczenia, ukrzyżowania, czyli uznania śmierci, podczas gdy on mówił ci jedynie: „Spójrz głuptasie, nie ma śmierci!”. W Kursie Cudów on mówi tak: „Zademonstrowałem ci to w bardzo drastyczny sposób”. On po prostu przeobraził szczególne kombinacje komórek energetycznych, aby powielić samego siebie. To jest dość zaawansowana forma magii, jeśli chciałbyś to tak nazwać. Gdy konkretna forma nagle pojawia się w zamkniętym pokoju – to całkiem niezła analogia – to ona ci tak naprawdę pokazuje ostateczny cud. Innymi słowy, mówi ci, że tak naprawdę nic nie jest cudowne, ponieważ określenie „cud” z definicji zakłada, że coś mogłoby być chore, złe i oddzielone, a następnie przezwyciężone – jak mawia człowiek – za pomocą cudu. To niedorzeczne!

Jezus określa Kurs Cudów jako kurs rozpoznawania tego, kim jesteś. Jest to kurs pojednania. Co więc takiego robisz? Co się dzieje, gdy rozpoznajesz siebie? Przebaczasz sobie, a więc nikogo innego nie postrzegasz jako winnego. Widzisz jakie to proste? W ten sposób eliminujesz ideę przyczyny i skutku. Widzisz, że jesteś całkowicie bezgrzeszny i święty. Wykraczasz poza ograniczenie i oto jesteś w Niebie, a Ziemia znika. Widzisz jakie to było łatwe?

Czy wiesz, co jest najpiękniejsze w naszym nauczaniu? To, że nie możesz rozwiązać problemu tutaj – na zewnątrz siebie. Przynajmniej przyjmujesz tę piękną ideę, że możesz go rozwiązać jedynie w sobie… Masz w sobie wiele z tego Muzyka – inaczej nie byłoby cię tutaj. Masz w sobie wiele ze sprzedawcy kowadeł. Masz w sobie wiele z bibliotekarki Marion. Jest w tobie również wiele łatwowierności, podobnie jak u burmistrza miasteczka. Burmistrz jest gotów przyjąć coś całkowicie w jednej chwili, a odrzucić to w następnej. Wszystkie te postaci pojawiają się tam dla ciebie. Rozumiesz? Pamiętasz jak cały komitet szkolny połączył się w tej pięknej formie artystycznej? Na poziomie intelektualnym oni byli pogrążeni w chaosie. Gdy tylko jednoczą się we wspólnej melodii, Wielkie Promienie łączą się w miłości i od tamtej chwili są nierozłączni. Widzisz jakie to łatwe? Chodzi tylko o ideę, to wszystko. O ideę na twój temat.

Nic nigdy nie jest konkretne. Żadne działania, żadne zalecenia, jakie mógłbym ci dać, nie doprowadzą cię do prawdy. Nie ma żadnej ścieżki. Ty jesteś zdeterminowany nie znaleźć tego, czego szukasz. Dobrze jest to wiedzieć. Świat jest pełen cierni i krzyży. Znajdziesz tam wiele idei dotyczących łańcuchów, jęków i procesu śmierci. „Zapoznajmy się z terytorium. Możemy tutaj rozwiązać problem”. Nie, nie możesz. Śnij sobie swój sen. W.C. Handy** przybył do miasta wraz z Johnem Philipsem Sousą***. Zebrała się tu cała orkiestra i zagrała razem.

Widzimy, że jeszcze mocno fałszujesz. Nie opanowałeś tego do końca. Grasz sobie swoją kontrmelodię, która jest całkiem ładna, ale ostatecznie musi połączyć się z całością. Msze za zmarłych zawsze są radosne. To bardzo piękne.

Zapamiętaj to, co ci teraz mówimy. Podobnie jak w alegorii „Muzyka”, nie musisz znać terytorium. Oto lekcja 166 z Kursu Cudów, posłuchaj.

Dane ci jest wszystko. Ufność, jaką Bóg pokłada w tobie, nie ma granic. Bóg zna Swego Syna. Daje bez żadnych wyjątków, nie odmawiając niczego, co może przyczynić się do twojego szczęścia. A jednak, jeśli twoja wola nie jest jedną z Jego Wolą, Jego dary nie będą przyjęte. Ale cóż kazałoby ci sądzić, że istnieje jakaś inna wola niż Jego?

Oto paradoks, który leży u podstaw wytworzenia tego świata. Ten świat nie powstał z Woli Boga, a więc nie jest rzeczywisty. Ale ci, którzy sądzą, iż jest rzeczywisty, nadal wierzą, że istnieje inna wola, i to taka, która prowadzi do skutków sprzecznych z Jego Wolą. Zaiste, jest to niemożliwe, ale każdy umysł, który spogląda na ten świat i ocenia go jako pewny, solidny, godny zaufania i prawdziwy, wierzy w dwóch stwórców lub też w jednego – samego siebie. Ale nigdy w jednego Boga.

Dary Boga są nie do przyjęcia dla każdego, kto hołubi takie dziwne wierzenia. Musi on wierzyć, że przyjęcie darów Boga, jakkolwiek byłyby oczywiste, jakkolwiek usilnie by go wzywano do potraktowania ich jako własne, oznacza zmuszenie go do zdrady samego siebie. Musi on zaprzeczyć ich obecności, sprzeciwiać się prawdzie i cierpieć, by zachować świat, który wytworzył.

Tu jest jedyny dom, który, w swoim przekonaniu, zna. Tu znajduje się jedyne bezpieczeństwo, jakie w swoim mniemaniu może znaleźć. I bez tego świata, który wytworzył, jest wyrzutkiem, bezdomnym i przerażonym. Nie pojmuje on, że w istocie to tutaj jest przerażony i bezdomny, jak banita, wędrujący tak daleko od swego domu i od tak dawna, iż nie uzmysławia sobie, że zapomniał, skąd pochodzi, dokąd zmierza, a nawet, kim naprawdę jest.

Jednakże w jego samotnej, bezsensownej tułaczce dary Boga towarzyszą mu, choć ich nie zna. Nie może ich utracić. Ale nie spojrzy na to, co mu dano. Błąka się dalej, świadom daremności, którą wszędzie wokół siebie dostrzega, widząc, jak jego nędzny los się pogarsza, gdy zmierza donikąd. Wciąż tuła się w nieszczęściu i ubóstwie, tak samotny, choć Bóg jest z nim, a skarb jego jest tak wielki, że wszystko, co znajduje się w tym świecie, nie ma żadnej wartości wobec jego ogromu.

Posłuchaj, ponieważ to jest opis ciebie.

Wydaje się żałosną postacią: znużoną, zniszczoną, w wyświechtanym przyodziewku, ze stopami lekko krwawiącymi od skalistej drogi, którą podąża. Nie ma nikogo, kto by się z nim nie utożsamiał, albowiem każdy, kto tu przybywa, podąża ścieżką, którą on zmierza, i doznaje klęski i beznadziejności tak, jak on ich doznaje. Ale czy jest on rzeczywiście postacią tragiczną, skoro widzisz, że podąża drogą, którą sam wybrał, i wystarczy, że rozpozna, kto mu towarzyszy, i ujawni swe skarby, aby być wolnym?

To jest wybrana przez ciebie jaźń, którą wytworzyłeś, by zastąpiła rzeczywistość. To jest jaźń, której bronisz zażarcie wbrew wszelkiemu rozsądkowi, wszelkiemu świadectwu i wszystkim świadkom, którzy mogą dowieść, że to nie ty. Nie zważasz na nich. Idziesz dalej wybraną przez siebie drogą, spuszczając wzrok, by tylko nie ujrzeć przebłysku prawdy i nie zostać wyzwolonym od oszukiwania siebie i uwolnionym.

Kulisz się ze strachu, by nie poczuć na swym ramieniu dotyku Chrystusa i nie ujrzeć Jego łagodnej dłoni kierującej twój wzrok na twoje dary. Jak mógłbyś wówczas głosić, że jesteś w nędzy i na wygnaniu? On sprawiłby, że śmiałbyś się z takiego postrzegania siebie. Jak mógłbyś wtedy użalać się nad sobą? I co stałoby się z całą tragedią, którą próbowałeś zgotować temu, komu Bóg przeznaczył tylko radość?

Ogarnął cię teraz twój pradawny lęk i w końcu dognała cię sprawiedliwość. Dłoń Chrystusa dotknęła twego ramienia i poczułeś, że nie jesteś sam. Nawet przyszło ci na myśl, że ta żałosna jaźń, którą uznawałeś za siebie, może nie być twoją Tożsamością. Być może Słowo Boga jest prawdziwsze od twojego. Być może Jego dary dla ciebie są rzeczywiste. Być może nie całkiem przechytrzył Go twój plan, by Jego Syn pozostawał w głębokim zapomnieniu i podążał drogą, którą wybrałeś bez swojej Jaźni.

Wola Boga nie przeciwstawia się niczemu. Ona po prostu jest. Czy słyszysz to? To nie Boga uwięziłeś w swym planie utraty własnej Jaźni. On nic nie wie o planie tak obcym Jego Woli. Zaistniała więc potrzeba, której On nie rozumiał, ale na którą udzielił Odpowiedzi. To wszystko. A ty, któremu udzielono tej Odpowiedzi, nie potrzebujesz niczego poza Nią.

Oto naprawdę żyjemy, bo teraz nie możemy umrzeć. Pragnienie śmierci znalazło odpowiedź, a wzrok, który spoglądał na nią, zastąpiło widzenie, które dostrzega, że nie jesteś tym, za kogo się podajesz. Idzie z tobą Ten, który łagodnie odpowiada na wszystkie twoje lęki jednym miłosiernym „to nie tak”. Gdy tylko gnębi cię myśl o ubóstwie, On wskazuje na wszelkie dary, jakie masz, a gdy czujesz się samotny i wylękniony, On mówi ci o Swoim Towarzystwie.

Jednak On przypomina ci jeszcze o jednej rzeczy, o której zapomniałeś. Albowiem Jego dotyk uczynił cię takim, jak On. Dary, które posiadasz, nie są przeznaczone tylko dla ciebie. To, co On ci ofiarował, musisz teraz nauczyć się dawać. To jest lekcja, która zawiera się w Jego dawaniu, gdyż wybawił cię On z samotności, którą starałeś się wytworzyć, aby w niej ukryć się przed Bogiem. On przypomniał ci o wszystkich darach, które dał ci Bóg. Mówi On również o tym, co stanie się twoją wolą, gdy przyjmiesz te dary i rozpoznasz, że należą do ciebie.

Dary te są twoje, powierzono je twojej opiece, abyś dawał je wszystkim, którzy wybrali tę samotną drogę, którą ty porzuciłeś. Nie rozumieją oni, że podążają tylko za swoimi pragnieniami. Lecz teraz ty ich uczysz. Albowiem nauczyłeś się od Chrystusa, że mogą pójść inną drogą. Ucz ich, pokazując im szczęście, które przybywa do tych, którzy czują dotyk Chrystusa i rozpoznają dary Boga. Niech smutek nie kusi cię, byś sprzeniewierzył się swej ufności.

Twoje westchnienia zdradzać teraz będą nadzieję tych, którzy w tobie wypatrują swego wyzwolenia. Twoje łzy są ich łzami. Jeśli jesteś chory, to wstrzymujesz ich uzdrowienie. Twój lęk uczy tylko tego, że ich lęki są usprawiedliwione. Twoja dłoń przekazuje dotyk Chrystusa; przemiana twojego umysłu to dowód, że ten, kto przyjmuje dary Boga, nigdy nie może cierpieć. Powierzono ci wyzwolenie tego świata z bólu.

 Nie zdradź go. Stań się żywym dowodem na to, co dotyk Chrystusa może ofiarować każdemu. Bóg powierzył ci wszystkie Swoje dary. Niech szczęście twoje świadczy o tym, jak przemienia się umysł, który postanawia przyjąć Jego dary i poczuć dotyk Chrystusa. Taka jest teraz twoja misja. Albowiem Bóg powierza dawanie Swoich darów wszystkim, którzy je otrzymali. Podzielił się On z tobą Swą radością. A teraz ty idziesz, by dzielić się nią ze światem.

A zatem Muzyk staje się prawdziwym Synem Bożym i rozpoznaje to, co zawsze wiedział: że tak naprawdę nigdy nie musiał znać terytorium, ponieważ cały świat jest jego terytorium. A gdy przemienia on swój umysł, w miłości i radości zaczyna szerzyć całą rzeczywistość Synostwa i swoją jedność z Ojcem. Dziękuję bardzo.

* Muzyk (The Music Man) – musical i hit broadway’owy Mereditha Willsona z 1957 r., który w 1962 doczekał się filmowej adaptacji z Robertem Prestonem i Shirley Jones w rolach głównych.
** William Christopher Handy (W.C. Handy) – amerykański kompozytor i muzyk, żyjący w  latach 1873-1958.
*** John Philips Sousa – amerykański kompozytor i dyrygent, żyjący w latach 1854-1932, znany głównie z doskonale skomponowanych wojskowych i patriotycznych marszów.