Sen to sen. Nieważne zakończenie.

Dziś w nocy miałem sen, w którym chodziłem po płycie lotniska i nagle zobaczyłem na jakimś wyświetlaczu wezwanie: „Rafał Wereżyński jest proszony o jak najszybsze zgłoszenie się do samolotu”. Pędziłem więc przez płytę lotniska, nie mając pojęcia, gdzie jest samolot i nagle w stanie tzw. pół-snu uświadomiłem sobie, że to sen. Mogłem się z niego od razu obudzić, ale byłem ciekawy, czy zdążę na ten samolot, a więc pędziłem dalej. W pewnym momencie zdałem sobie jednak sprawę z absurdalności moich działań: „Przecież sen to sen. Nieważne, jakie jest jego zakończenie, bo i tak nie będzie ono prawdziwe.”

Zauważ, że gdy jesteś pogrążony w swoim nocnym śnie, to tak naprawdę sen nigdy nie wydaje się kończyć. Jeśli nawet zdążysz na samolot, to co z tego? Polecisz, może się rozbijesz, może nagle przeskoczysz do zupełnie innej sekwencji snu, w której będziesz się wygrzewał na plaży lub będą cię gonić potwory. Sen nigdy sam nie będzie chciał się skończyć. Naturą snu jest trwanie. Jedynym rozsądnym zakończeniem snu jest przebudzenie.

Obudziłem się więc, śmiejąc się z mojej chwilowej niepoczytalnej uporczywości, by bawić się w sen. I zdałem sobie sprawę, że dokładnie tak samo jest ze snem na jawie, z ludzkim snem o oddzieleniu od  Boga. Z jednej strony mówisz: „Chcę się obudzić”, a z drugiej strony chcesz jeszcze  dokończyć pewne sprawy, chcesz się spełnić jako człowiek. Oczywiście nie ma w tym nic złego, ponieważ sen i tak prędzej czy później się skończy. Pytanie jednak pozostaje: Jak długo chcesz śnić, że jesteś ciałem w czasie i przestrzeni? Jak długo chcesz jeszcze udawać, że nie jesteś doskonały i wieczny, jakim stworzył cię Bóg?

Pomyśl o tym przez chwilę, a może zaśmiejesz się, tak jak ja, z absurdalności ludzkiego umysłu i wtedy przypomnisz sobie, że już jesteś z Bogiem w Domu, ponieważ nigdy nie opuściłeś swojego Źródła. Twój sen nie miał żadnego wpływu na rzeczywistość. Jeśli tak, to mógłbyś sobie pomyśleć: „A więc nie ma znaczenia, jak długo śpię. Mogę sobie jeszcze pospać”. No cóż, możesz. Już Wprowadzenie do Kursu Cudów mówi, że tylko czas, w jakim zdecydujesz się zrobić ten kurs, zależy od ciebie. Zaznaczam, że zrobienie Kursu to nie tylko przeczytanie go i przerobienie lekcji, ale doświadczenie przebudzenia, do którego prowadzi. Można by więc powiedzieć, że od ciebie zależy, jak długo będziesz się jeszcze opierał swojej rzeczywistości i zwlekał z przypomnieniem sobie, kim naprawdę jesteś. Warto jednak pamiętać, że twoje zwlekanie, choć nie jest istotne w wieczności, to jest tragiczne w czasie (Kurs Cudów, Rozdział 5, VI). Dopóki bowiem wierzysz w swój sen, to wydajesz się jego ofiarą, wierząc we wszystkie elementy snu – nie tylko te przyjemne, ale również te nieprzyjemne, jak ból, konflikt i śmierć.

Dopóki ból, choroba i śmierć są dla ciebie do przyjęcia, to nie wyrazisz chęci, by się przebudzić ze swojego snu o śmierci. Nie lekceważ obłąkania natury ludzkiej. Człowiek wręcz ekscytuje się swoim konfliktem. Wydaje mu się, że bez konfliktu byłoby nudno. Sądzi, że bez bólu nie wiedziałby, czym jest radość, a bez śmierci, nie potrafiłby docenić życia. Można powiedzieć, że człowiek czerpie swoją przyjemność z bólu. I dopóki to robi, przebudzenie nie wydaje mu się ekscytującą ideą. Kurs Cudów mówi, że twój poziom tolerancji dla bólu może być wysoki, ale ma swoje granice (Kurs Cudów, Rozdział 2, III). A więc dopiero gdy naprawdę masz dość bólu (swojego osobistego lub bólu swojego świata, który jest tylko projekcją twojego własnego bólu), mówisz: „Dość! Nie będę tego więcej robił”. I to jest moment, w którym wyrażasz gotowość, by się przebudzić ze swojego snu. Nie czekasz na inne zakończenie, ani nie próbujesz ulepszyć swojego snu. Po prostu się budzisz.