Rezygnacja z roli we własnym dramacie

Rezygnacja z roli we własnym dramacieNa prośbę jednej z czytelniczek tego bloga zamieszczam jej list (na dole strony) i moją odpowiedź (na górze). Dotyczy on konfliktu, jaki odczuwa ona w związku z zachowaniem swojego męża:

To, co powiem, może sprawiać wrażenie surowej nauki, ale sama o to poprosiłaś. Poprosiłaś o pomoc, wiec oto masz…

Modlitwa odpowiedzialności
Zacznijmy od samym podstaw. Mówisz, że słuchasz moich nagrań. Nic jednak nie da ci ich słuchanie, jeśli ich nie USŁYSZYSZ, czyli jeśli nie przyjmiesz ich do swego serca i umysłu. Przesłanie, którego nauczam, a którego jeszcze nie przyjęłaś, brzmi w skrócie tak:

Jestem odpowiedzialny za to, co widzę.
To ja wybieram uczucia, których doświadczam
i decyduję o celu, który chcę osiągnąć.
 I to ja proszę o wszystko, co zdaje się mnie spotykać,
oraz otrzymuję to, o co poprosiłem.
(Kurs Cudów, Rozdział 21, II)

Możesz potraktować te słowa jako modlitwę, która wyzwoli cię z twojego przekonania o byciu ofiarą sytuacji. Nie jesteś ofiarą i nigdy nią nie byłaś. Zawsze otrzymujesz dokładnie to, o co prosisz.

Wszystko opierało się na błędnym założeniu
Gdy przyjmiesz cytowane przeze ze mnie słowa z Kursu do swojego serca i umysłu, cały twój konflikt się skończy, a ty będziesz wolna i szczęśliwa. Co oznacza w Twoim przypadku takie wzięcie pełnej odpowiedzialności za swój umysł? Nic innego jak uznanie, że się pomyliłaś w swoim wyobrażeniu na swój temat oraz zmiana zdania, czyli otwarcie się na całkowicie nowe doświadczenie.

Jakie więc było twoje wyobrażenie o sobie? Myślałaś do tej pory, że jesteś osobą „kochającą” w nienajlepszym świecie, a Twoją misją „jest mieć kochającą, szczerą i wspierającą rodzinę”. Nic bardziej błędnego.

Po pierwsze wcale nie byłaś osobą kochającą. Wręcz przeciwnie, cały opis Twojej sytuacji rodzinnej świadczy o tym, że do tej pory nienawidziłaś siebie. Nikt, kto kocha siebie, nie pozwoliłby sobie na życie w cierpieniu. Pozwalanie na cierpienie (swoje lub kogokolwiek) jest przeciwieństwem miłości.

Po drugie, Twoją misją tutaj jest pamiętać, kim jesteś, ponieważ to Ty zaprzeczyłaś swojej prawdziwej, wiecznej, doskonałej Tożsamości. W jaki sposób zaprzeczyłaś? Poprzez swoją wiarę, że jesteś ograniczoną cielesną istotą w czasie i przestrzeni.

Nie ma oczywiście nic złego w posiadaniu kochającej, szczerej i wspierającej rodziny, ale gdy to staje się twoim celem, to tak naprawdę z góry prosisz się o cierpienie. Prośba o ograniczone rezultaty w świecie formy, niezależnie od tego, jak wzniosłe by się nie wydawały, jest bowiem prośbą o cierpienie. Gdy jednak twoim jedynym celem staje się MIŁOŚĆ, czyli rozpoznanie tego, kim naprawdę jesteś ponad twoimi definicjami miłości, to nie stawiasz już warunków, jak miłość ma się przejawiać – czy w formie rodziny, czy w innej formie. Gdy wiesz, kim jesteś, możesz robić cokolwiek. Możesz mieć kochającą rodzinę lub nie mieć żadnej rodziny, ponieważ wiesz, że to nie rodzina definiuje to, czym jesteś. Z drugiej strony nie możesz mieć kochającej, szczerej i wspierającej rodziny, gdy nie kochasz sama siebie.

Rezygnacja z roli we własnym dramacie
Jak to wszystko naprawić? Po pierwsze musisz rozpoznać, że twój mąż zawsze robił i teraz również robi dokładnie to, o co go prosisz w swoim umyśle. Jest jedynie odzwierciedleniem twoich własnych myśli na swój temat. Wyprojektowałaś na niego swoją własną nienawiść do siebie, a on jedynie odgrywa zaprojektowane przez ciebie sceny w twoim własnym dramacie o nienawiści. Czy wiesz, że byłaś reżyserem i zarazem aktorem we własnej sztuce? Może nie być ci łatwo to zrozumieć, ale spójrz na to szczerze: Gdybyś nie miała w swoim umyśle atakujących myśli, to konflikt w ogóle nie mógłby zaistnieć w polu twojej świadomości.

Znowu wracamy więc do twojego fałszywego wyobrażenia o sobie: Wbrem temu, co myślałaś, nie jesteś wcale dobrym człowiekiem w złym świecie. Świat jest jedynie projekcją twojej własnej wiary w „zło”. Bardzo polecam ci w tym miejscu poczytanie podrozdziału V Rodziału 31 Kursu Cudów. Jezus w bardzo bezkompromisowy sposób rozprawia się w nim z fałszywym pojęciem „ja”, które wytworzyłaś.

Gdy uświadomisz sobie, że spoglądasz jedynie na własną nienawiść, wtedy bardzo szybko wyrazisz chęć, by zmienić zdanie o sobie. Przypomnisz sobie bowiem, że masz moc i że wszystko, co dzieje się w twoim umyśle, jest odzwierciedleniem tej mocy. Możesz używać tej mocy, by wierzyć w iluzję cierpienia lub możesz użyć tej samej mocy be zerwać z cierpieniem i przypomnieć sobie prawdę.

Po co miałabyś chcieć nadal grać rolę „niesprawiedliwie traktowanej”, gdy wiesz, że robiąc to, tylko uzasadniasz swój ból? Twój teatr wystawiał twoje dramatyczne sztuki, ponieważ sama je pisałaś, a następnie godziłaś się w nich grać. Gdy przestaniesz je pisać lub/i przestaniesz w  nich grać, okaże się, że w repertuarze teatru są również komedie. Jedną z takich komedii napisał dla ciebie Duch Święty – czyli twój własny uzdrowiony umysł poza czasem i przestrzenią. Tą komedią jest historia twojego powrotu do Domu, czyli uzdrowienie twojego umysłu poprzez rozpoznanie iluzoryczności oddzielenia.

Kto jest katem?
Pytasz, co sobie robisz w swoich myślach? Wytwarzasz złudzenie ataku. Pamiętaj, że atakujące myśli przybierają różne formy. Nie muszą to być tylko agresja, pijaństwo, obojętność, czy zdrada. Atakujące myśli to również: poczucie bycia niesprawiedliwie traktowanym, ból, rozgoryczenie czy robienie dobrej miny do złej gry. To są tylko dwie strony tego samego medalu. Wbrew temu, co myślisz jako człowiek, ofiara wcale nie jest lepsza od kata. Można powiedzieć, że ofiara to wilk w owczej skórze lub przebrany kat, który pastwi się nad swoją ofiarą, mówiąc jej: „zobacz, jak cierpię z twoich rąk”.

Patrząc z tej perspektywy, zadaj sobie pytanie: Kto tu jest katem? Jesteś pewna, że mąż? Z tego, co piszesz, wygląda na to, że nie tylko katujesz sama siebie, ale również swojego męża poprzez swoją cierpiętniczą miłość, która nie ma nic wspólnego z tym, czym miłość naprawdę jest. Nie zrozum mnie źle: Nie usprawiedliwiam zachowania twojego męża. Ale jeśli pozwalasz, aby jego zachowanie wpływało na to, jak ty się czujesz, to ty zamieniasz się w sędziego i kata. Katujesz męża swoim potępieniem i tym, jaki – twoim zdaniem – powininen być, żebyś ty czuła się dobrze. Nic dziwnego, że się wymyka z domu i próbuje uciec. Czy ty nie chciałabyś uciec od kogoś, kto cię potępia (nawet w zawoalowany i nazywany miłością sposób)?

Związek współuzależnienia, w którym się znajdujesz, nie jest związkiem miłości, lecz związkiem nienawiści. I ty go podtrzymujesz, dopóki myślisz, że to mąż musi się zmienić, a nie ty. Czy nie widzisz, że obwiniasz go dokładnie za to samo, za co – jak piszesz – on obwinia ciebie? Mówisz, że on musiał mieć „powód” (np. coś co nie pasowało mu w żonie, czy dziecku), żeby pić. Ty robisz dokładnie to samo: Ty musisz mieć „powód” (zachowanie męża), żeby być nieszczęśliwą. Co ty byś zrobiła bez swojego męża? Musiałabyś być szczęśliwa bez powodu. 😉 Jego zachowanie jest więc uzasadnieniem dla twojej roli w twoim dramacie. Bez tego nie wiedziałabyś co ze sobą zrobić.

Uzależniona od cierpienia
Jeśli chcesz być wolna, musisz przyznać, że jesteś uzależniona od cierpienia. A cierpisz dlatego, że na jakimś poziomie przynosi ci to satysfakcję, określając twoją tożsamość. Tym właśnie jest twój nałóg. Twój mąż jest alkoholikiem. A ty jesteś cierpiętnikiem. Gdy przyznasz, że to robisz w swoim umyśle, to dopiero wtedy zejdziesz na dno i będziesz mogła wyzdrowieć. Do tej pory nie byłaś na dnie. Dryfowałaś wysoko nad nim w przekonaniu o swojej wyższości nad mężem. To była twoja strategia przetrwania w tej tożsamości.

Dopóki ty sobie jeszcze radzisz (np. poprzez obwinianie męża za to, jak się czujesz), nie możesz się poddać, nie możesz polegać na Bogu. Zejście na dno jest konieczne, abyś mogła zobaczyć, że nie chcesz dłużej robić tego, co robisz. Twoim dnem jest twoje przyznanie się do własnej bezsilności wobec swojego nałogu. Gdy to robisz, już nikogo nie obwiniasz, tylko przemieniasz swój umysł. Gdy to robisz – gdy ogłaszasz bezsilność wobec samej siebie – to wówczas jesteś otwarta na korektę, na całkowitą alternatywę dla twojego sposobu myślenia. Jesteś gotowa, by oddać swoje życie i swoją wolę opiece Boga.

Co się stanie z twoim mężem, gdy to zrobisz? Nie wiem. Czy będziecie dalej razem? Może tak, a może nie. To nie jest istotne. Istotne jest, żebyś ty była szczęśliwa, zamiast próbować przywiązać męża do swojego nieszczęścia. Gdy ty będziesz wolna i szczęśliwa, to dasz mu również swobodę, by był wolny i szczęśliwy. Nie będziesz definiować dla niego jego szczęścia. On wcale nie musi być taki, jakim twoim zdaniem powinien być.

A więc uwolnij swojego męża. Uwolnij siebie od współuzależnienia, w którym sama się uwięziłaś. W ten sposób rozpoznasz, czym jest miłość. Miłość jest wolnością. Jest pamiętaniem, kim jesteś. To nie oznacza jednak wcale „tolerowanie zachowania” twojego męża. Tolerowanie czyjegoś zachowania nie jest miłością.

Koniec z tolerowaniem zła i udawaniem
Pytasz się, „czy życie w pokoju to tolerowanie zła i krzywdy?” Dobrze wiesz, że nie. Gdy tolerujesz „zło”, sama jesteś „złem”. Gdy zgadzasz się na krzywdę, sama krzywdzisz. Krzywdzisz nie tylko siebie, ale również swoją rodzinę. Nawet jeśli pozory wydają się wskazywać na coś innego, twój mąż i twój syn czekają, aż się obudzisz. Oni czekają aż rozpoznasz, kim jesteś, czyli staniesz na swoich nogach w pełnej świadomości swojego Chrystusostwa zamiast udawać, że wszystko jest w miarę w porządku. Jeśli nie ma w tobie doskonałego pokoju, to nie jest w porządku i nie ma powodu, żebyś czuła się tak choćby chwilę dłużej. Cały wszechświat odetchnie z ulgą, gdy przestaniesz udawać, że jesteś czymś, czym nie jesteś. A jesteś światłem świata. Przestań to ukrywać.

Gdy próbujesz wytworzyć pozory miłej rodzinnej atmosfery, podczas gdy pod spodem kryje się żal, to jesteś w konflikcie i ukrywasz swoje światło. I wszyscy to czują. Nikogo nie oszukasz dobrą miną. Granie roli wobec syna i męża tylko przedłuża Twój konflikt, gdyż oni czują, że to jest nieszczere, ale dlaczego mieliby cokolwiek zmieniać, skoro to ty jesteś reżyserem całego dramatu. A zatem to Ty musisz zdecydować, że nie będziesz już udawać. To nie znaczy, że masz im sie teraz żalić, jak jest ci źle, bo to też będzie formą udawania. Przestaniesz udawać dopiero wtedy, gdy rozpoznasz, że jesteś światłem świata. Jak to zrobić? Zacznij od prostej szczerości wobec samej siebie – tego jak się czujesz. Nie uciekaj od konfliktu poprzez maskowanie go lub myślenie, że powinnaś czuć się inaczej. Poczuj na moment swój konflikt w całej jego beznadziejności i pozwól na jego przemianę. A zobaczysz, że był on tylko fasadą – teatralną pozą, którą przybrałaś na chwilę i z której łatwo możesz zrezygnować.

Gdy staniesz się szczera wobec siebie, to będziesz w stanie spokojnie zakomunikować, czego chcesz, również swoim projekcjom. Nie musisz się przejmować ich reakcjami. Nie jesteś odpowiedzialna za ich szczęście. Twoja idea, że jesteś odpowiedzialna za ich szczęście, to niewolenie ich. To próba kontrolowania sytuacji, żeby zachować status quo i żeby nadal urzeczywistniać swoje złudzenia o cierpieniu, lęku i winie. Nie musisz niczego kontrolować. Możesz pozwolić, żeby twoje złudzenia się rozsypały w proch, w nicość, z której przyszły!

Cały twój świat zostanie uzdrowiony, gdy przestaniesz sobie udowadniać, że zło i krzywda są możliwe. Zło i krzywda są niemożliwe we wszechświecie stworzonym przez Boga. Jeśli wydają się istnieć, to istnieją jedynie w twoim umyśle. Są dramatem, który odgrywałaś tak długo, że zapomniałaś już, że są one fikcją. Utożsamiłaś się z rolą w swoim dramacie. Czy zamierasz ją odgrywać aż do upadłego, aż umrzesz? Po to tylko, żeby wrócić tu na nowo i odgrywać ten sam dramat w innej odsłonie? Ty sama musisz sobie odpowiedzieć na pytanie, czy masz już dość, czy chcesz się obudzić ze swojego snu o złu i krzywdzie. Nikt nie zrobi tego ze ciebie.

Decyzja o zakończeniu konfliktu
Zamiast się skupiać na tym, co robi lub czego nie robi twój mąż, zajmij się sobą. Zajmij się pamiętaniem, kim jesteś. Żyj. Bądź szczęśliwa. Twoje szczęście nie zależy od zachowania twojego męża. Gdy będziesz o tym pamiętać, to i on zmieni swój stosunek do ciebie. A jeśli nie zmieni, to jego sprawa. Twoją sprawą jest stan twojego umysłu, a nie twojego męża, syna, czy kogokolwiek. Zastanów się więc nad tym, czego ty naprawdę chcesz. Czy chcesz na przykład trzymać się czegoś, co nie działa? Czy chcesz być z kimś, kto nie chce być z tobą? Przecież to czysty konflikt. Twój konflikt. Czy nie czas już powiedzieć: „dość” i zmienić zdanie?

Dzisiaj możesz podjąć decyzję, by potraktować ten Kurs Cudów na poważnie (a nie tylko słuchać lub czytać o nim). Dzisiaj możesz powstać jako światło swojego świata. Dzisiaj możesz podjąć decyzję, by nie pozwalać więcej na konflikt w swoim umyśle. Gdy przemienisz w ten sposób swój umysł, to i twoja sytuacja się zmieni. Albo twój mąż się dostosuje do twojego odmienionego celu i połączy z tobą w twoim uzdrowionym postrzeganiu, albo wasze drogi się rozejdą. Co się wydarzy w formie, nie jest istotne. Ważne jest jedynie, żebyś była wolna. A gdy ty będziesz wolna, to i twój mąż, i twój syn, i cały świat będą wolni razem z tobą. 🙂

Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję, że będzie to dla Ciebie pomocne.
Z miłościa i pokojem,
Rafał


Oto treść listu, który otrzymałem
(zamieszczam go tu na prośbę osoby, która go napisała):
Drogi Rafale słucham Twoich refleksji, przemyśleń nt. przesłania Kursu Cudów. Wiele razy zasypiam ze słuchawkami słuchając Twojego głosu, tak mądrego, tak cudownego  Jestem juz bardzo zmęczona i zdesperowana (jest późno) dlatego ten list nie będzie szczytem moich możliwosci, ale myśle, ze Twoja wnikliwa intuicja wszystko wychwyci.Nie ma kogo atakować, nie ma przed kim się bronić, gdyż mój umysł będąc oddzielonym od Żródła Miłości wytworzył to, co teraz jest udręką mojego życia. Nie posłuchałam zapewne głosu Prawdy i wyszłam za mąż- myślac , że z miłości – za człowieka, który nie umiał odwzajemnić mojej miłości i misji, którą niosę do tej pory w sobie by mieć kochającą, szczerą i wspierającą rodzinę.Kilkadziesiąt lat alkoholizmu, utrata dziecka, wiele traum, które niesie ze sobą życie z osobą uzalezniona, a mimo to …misja. Walnęłam głową w ścianę, będąc już w dość poważnym wieku i teraz będąc niejako ” na dnie” słucham tego co mówisz o Kursie Cudów. Mój mąż, miłośc mojego zycia nie pije już kilkanaście lat, jednak stał się dla mnie po śmierci mojej Mamy – obcym człowiekiem. Uczestniczyłam w wieloletnim odchodzeniu w cierpieniach najbliższej osoby -Matki, mój cały świat zawalił sie, straciłam zdrowie, a na koniec mąż okazał się zdrajcą. Czuję się rozgoryczona, gdyż moje młode lata borykałam się z jego alkoholizmem i teraz gdy wreszcie po śmierci Mamy, po okresie żałoby, odzyskałam nieco sił, mój mąż stał się jakby moim katem. Odsunął się ode mnie, traktuje mnie obco, odsunął mnie od finansów, wszelkich wspólnych decyzji, robi co mu się żywnie podoba , większość czasu spędza poza domem. Winę za przepaść między nami przypisuje mnie, jak wówczas gdy pił – musiał mieć „powód”, czyli zona, dziecko itd. nic nie pasuje – trzeba pić. Mamy 28 letniego syna, kocham go bardzo i jest mi przykro, ze jak przyjeżdza widzi, ze ja już nie daję rady „grać” roli, robić dobrej miny do złej gry.

Nie potrafię być w pokoju, w uwolnieniu, mając świadomość, że to nie świat na zewnątrz mnie powoduje ten niepokój, lecz moje własne myśli. Nie potrafię tego jeszcze ….Czy życie w pokoju to tolerowanie zła? krzywdy? Pisałam do męża wiele listów, prosiłam,odnosiłam się do Boga, do Miłości do darów , które otrzymalismy…jednak to działa na odwrót. Mąż jest coraz gorszy. Jest mi cięzko znieść gdyż jestem osobą miękką i kochającą, że po chwilach w miarę życzliwej rozmowy, mąż bez żadnego wyjaśnienia wychodzi i znika na długie godziny. Bedąc trzeżwym od alkoholu znalazł inne kompulsje: non stop brydż, tenis, narty i wszelkie możliwości ucieczki z domu. Wszystko to „grzecznie” tolerowałam, jednak doszedł jeszcze chyba romans. Rafale co ja sobie zrobiłam? Co ja sobie wytworzyłam w moich myślach? Ufam, że mnie nie opuścisz jak powiedziałes w jednej z audycji. Ufam, że Bóg mnie nie opuści . Dziękuję <3

5 Replies to “Rezygnacja z roli we własnym dramacie”

  1. Myślałam że odpowiedź będzie „ckliwia, różowa i pierdołowata” a tu proszę – bardzo dojrzałe, szczere i wnikliwe podejście do tematu, bez uciekania w maślaną filozofię i pitu pitu, dziękuję.

  2. Rafale z serca dziękuję. Ten wpis wstrząsnął mną do głębi, coraz mocniej uświadamiam sobie w jakiej iluzji żyję, w jakiej iluzji żyje większość ludzi.
    Gdyby jakiś czas temu ktoś mi powiedział że „ofiara wcale nie jest lepsza od kata”, pewnie uznałabym go za szaleńca…
    To co zaczynam widzieć jest dla mnie samej niebywałe, to mnie trochę przeraża, chociaż w głębi serca wiem, że nie ma już odwrotu.

  3. znakomity wpis,jasno i czytelnie wyłożone.przeczytam to z dziesięć razy.to niesamowite w co ja „wdepnęłam”.dziękuję za Kurs.dziękuję za Ciebie Rafale.urzeczywistnianie Boga jest tak pięknie ekscytujące. reżyser+scenariusz+aktor+widownia=wszystko w Jednym.ale zabawa!KOCHAM CIĘ.

  4. Jak ja się pięknie odnajduję, widzę siebie w postawie autorki listu. Tło życiowe róźni się odrobinę natomiast skrypt ofiary wypisz wymaluj mam ten sam. Zawsze miałem odczucie, że coś tam na zewnątrz jest nie ok. Zabawne, bo to jakby mieć pretensję do lustra za odbicie, które pokazuje. Ehh te iluzje… 😀

  5. Tym sposobem mamy chyba kurs w przysłowiowej „pigułce”.
    To co napisałeś rzeczywiście sprawia wrażenie bardzo „surowej nauki” .
    Jednakże po kilkakrotnym przeczytaniu tego tekstu zmieniłam zdanie.
    Kurs cudów studiuję od kilkunastu miesięcy i mam nadzieję, że kiedyś go naprawdę USŁYSZĘ 🙂
    Dzięki czytelniczce tego bloga za praktyczny, z życia wzięty przykład.