Radosne odkrycie bezsensowności „ja”

Jestem bez sensu - co za radosne odkrycie!Przez wiele lat paradowałem po swoim świecie, próbując udowodnić, że moje małe „ja” ma jakiś sens. „Mogę przecież za pomocą tego „ja” osiągnąć konkretny rezultat – przekonywałem sam siebie. I osiągałem kolejne rezultaty, ale nie czyniło mnie to wcale szczęśliwym. Zobaczyłem, że osiąganie rezultatów w czasie do niczego nie prowadzi – chyba że do śmierci – i dopóki definiuję siebie samego w czasie, nie mogę być szczęśliwy. Dopóki uważałem siebie – jako odrębną tożsamość – za prawdziwego, nie mogłem być nawet szczęśliwym duchowym nauczycielem, ponieważ nie przyjmowałem dla siebie tego, czego nauczałem. Budowanie ego – nawet duchowego ego – prowadzi do frustracji, gdyż jest próbą udowodnienia samemu sobie, że złudzenia są prawdziwe. A nie są. I dopiero uświadomienie sobie tego uczyniło mnie szczęśliwym. Rozpoznałem, że odrębna ludzka tożsamość jest niczym, a Bóg jest wszystkim.

Wystarczyło włączyć samego siebie do Wielkiego Eksperymentu Przebudzenia. Czasem mówię, że gdyby kwantowy naukowcy włączyli samych siebie do swoich kwantowych eksperymentów, zamiast je obiektywizować i obserwować z „zewnątrz”, natychmiast rozpoznaliby pojedynczą naturę własnego umysłu i obudziliby się w Niebie. Ja musiałem zrobić właśnie to z Kursem Cudów. Nie wystarczyło nauczać Kursu Cudów „z daleka”, oddzielając samego siebie od tego, czego się naucza. Trzeba było się stać tym, czego się naucza. A czego naucza Kursu Cudów? Że nie jestem ciałem, że odbrębna ludzka tożsamość nie ma nic wspólnego z rzeczywistością; że to, co widzę, jest całkowicie bez sensu, gdyż tożsamość, która to widzi, jest bez sensu; że moje myśli są bez znaczenia; że jedynie to, co Bóg stworzył jest prawdziwe, i że w każdej chwili mogę tego doświadczyć. Trzeby było więc tylko wprowadzić słowa w czyn, a więc odnieść je całkowicie do siebie.

„No dobrze, zróbmy to” pomyślałem. „Aha, a więc to ja nie jestem ciałem…” „To moje myśli są bez znaczenia…” „To ja jestem bez sensu.” „To ja denerwuję się, ponieważ widzę coś, czego nie ma”. Natychmiast przyszła ogromna ulga i radość. Nie musiałem bowiem więcej znajdować motywacji i uzasadnienia dla swoich myśli  i działań. Rozpoznałem, że cała moja ludzka kondycja jest bez sensu. I zamiast znajdować w niej sens, zamiast próbować ją zrozumieć, zamiast szybko łapać się kolejnej rzeczy do zrobienia, żeby poczuć się lepiej w nieprawdziwym miejscu, pozwoliłem sobie na całkowity bezsens wszystkiego. Nie czułem z tego powodu frustracji ani przygnębienia. Depresja, czy jakiekolwiek najmniejsze poczucie przygnębienia zawsze wiąże się z próbą znajdowania sensu w tym, co bezsensowne. Nawet człowiek, który chce odebrać sobie życie, pisząc w swoim ostatnim liście, że stracił poczucie sensu, kłamie, choć może nie jest tego w pełni świadomy. Gdyby naprawdę stracił poczucie sensu, byłby nieskończenie szczęśliwy. Być może nie potrafi sobie poradzić w bezsensownym świecie, ale tylko dlatego, że wciąż próbuje nadać mu sens, czyli wciąż uważa go za prawdziwy. Zapomina, że to on nadaje mu całe znaczenie i sens, jaki świat dla niego ma.

Wrócę do swojego doświadczenia. W pewnym momencie pozwoliłem sobie nie znajdować więcej sensu w tym, co bezsensowne. Innymi słowy zacząłem stosować do siebie trening umysłu Kursu Cudów. Stałem się pierwszą lekcją, a także drugą, trzecią i kolejną… Nie tyle przerabiałem lekcje Kursu, lecz one przerabiały mnie. Co za radosne doświadczenie! Zamiast zapełniać swój umysł nic nieznaczącymi myślami uzasadniającymi nic nieznaczącą egzystencję w czasie i przestrzeni, stałem się pokornym obserwatorem własnych myśli. Z pokorą dostrzegałem ich obłęd i nie próbowałem go dłużej ujmować w ludzkie znośne ramy, „żeby żyło się lepiej”. Gdy zobaczyłem, że obłęd to obłęd i nie usiłowałem go dłużej naprawiać, pojawiło się subtelne, a zarazem potężne doświadczenie obecności Boga, który tylko czekał aż usunę się z drogi, żeby mógł objawić mi prawdziwy sens duchowej rzeczywistości wszechświata. Nie chodziło nawet o to, żebym próbował pozbyć się swoich myśli i żebym próbował zrobić Bogu miejsce. Miejsce zrobiło się samo i myśli usunęły się same, gdy po prostu na nie spojrzałem i zobaczyłem ich całkowitą absurdalność.

Zacząłem się śmiać gdy uświadomiłem sobie, że próbowałem wcisnąć twórczy nieograniczony wieczny Umysł Boga (który był moim rzeczywistym umysłem) w ciasne ramy czasu. On się tam po prostu nie mieścił. Wystarczyło tylko poluzować swoją zaciśniętą koncepcjami głowę, a od razu zacząłem doświadczać czystej świadomości światła usuwającej cały mój fałsz. Zacząłem rozumieć, co oznacza kursowy termin „usuwanie” (czasem tłumaczone jako „odczynianie”). Małe nic nieznaczące „ja”, choć jeszcze czasem próbowało wierzgać i udowadniać w dziecięcych napadach złości, że jest prawdziwe, szło niechybnie na stracenie. Innymi słowy iluzja była usuwana w świetle. Moje pozbawione znaczenia myśli były zastępowane Prawdziwym Znaczeniem danym przez Boga. Na miejsce złudzenia pojawiało się doświadczenie radości, pokoju i wolności, jakich nigdy nie byłem w stanie doświadczyć w iluzorycznym stanie podzielonej świadomości.