Radość bez bólu

Do napisania tego artykułu zainspirował mnie następujący komentarz jednej z czytelniczek: Boska rzeczywistość to bezwarunkowa miłość, która na planie fizycznym załamuje się z czystej bieli we wszystkie kolory tęczy jednakowo ważne dla całości, a więc radość i cierpienie idą ze sobą i zawierają się w sobie nawzajem. Nie można doświadczyć radości bez cierpienia i odwrotnie. Nie można odkryć, że jest się nieograniczoną bezwarunkowa miłością bez dualnych form w każdej postaci. Uważam że wszystko jest święte i kochane przez światło, z którego pochodzi i którym jest.

Tylko prawda jest prawdziwa
Jestem wdzięczny za ten komentarz, ponieważ rozpoznawszy prawdziwą naturę niedualnej rzeczywistości, zapominam czasem, jak myśli człowiek. Ten komentarz mi to przypomniał i można go użyć jako dobrego narzędzia nauczania. Komentarz ten wyraża całą arogancję kondycji ludzkiej. Kiedyś też wierzyłem w to samo, zwłaszcza po przeczytaniu książki „Rozmowy z Bogiem”, kiedy to uznałem, że Bóg wyraża się we wszystkim: w dobru i złu, w radości i cierpieniu, jak dowodzi nasza czytelniczka. Jakże się myliłem!

Dopiero doświadczenie mojego budzenia się dzięki praktyce Kursu Cudów pokazało mi, że istnieje jedna doskonała, wieczna, niepodzielna rzeczywistość. Niezależnie od tego, czy nazwiemy tę rzeczywistość Bogiem, Źródłem, Czystą Świadomością czy też Uniwersalnym Umysłem, to jedno jest pewne: rzeczywistość nie może być jednocześnie nierzeczywistością, tak jak jedność nie może być wielością, miłość nie może być lękiem, a szczęście nie może być nieszczęściem. Innymi słowy Bóg nie może stwarzać czegoś, czym sam nie jest. Nie może stwarzać czegoś, co zaprzecza Jemu samemu.

Czy prawda może mieć wyjątki? Jeśli otrzymałeś wszystko jako dar, to czy strata może być rzeczywista? Czy ból może być częścią pokoju, a smutek radości? Czy lęk i choroba mogą pojawić się w umyśle, w którym przebywają miłość i doskonała świętość? Prawda musi być wszechobejmująca, jeśli w ogóle ma być prawdą. Nie uznawaj żadnych przeciwieństw ani wyjątków, gdyż czyniąc tak, całkowicie przeczysz prawdzie. (Kurs Cudów, fragment lekcji 152)

Bóg na moje podobieństwo czy ja na podobieństwo Boga?
Wszystko jest święte i kochane przez światło z którego pochodzi i którym jest – pisze nasza czytelniczka. To prawda. Cierpienie jednak nie pochodzi od Boga. Cierpienie jest jedynie wynikiem mojej identyfkacji z ciałem, z moimi myślami i ze światem. Innymi słowy: Gdy zapominam, kim jestem, to cierpię. Gdy zaś sobie przypominam, to rozpoznaję, że jestem święty i umiłowany przez Boga, czyli Światło, z którego pochodzę. Nie ma w tym żadnego cierpienia. Gdy przypominam sobie Boga, cierpienie jakiegokolwiek rodzaju staje się niemożliwe.

Stwierdzenie „Bóg stworzył człowieka na Swój obraz i podobieństwo” wymaga reinterpretacji. „Obraz” można rozumieć jako „myśl”, a „podobieństwo” znaczy „o podobnej jakości”. Bóg zaiste stworzył ducha we własnej Myśli i o jakości podobnej do własnej (Kurs Cudów, Rozdział 3, V). Oznacza to, że jeżeli Bóg jest Duchem, to i ja muszę nim być. Jeśli Bóg jest Miłością, to i ja muszę nią być. Jeśli Bóg jest nieograniczony i wieczny, to i ja muszę być taki sam. Jeżeli Bóg jest Światłem, to i ja tym jestem. Myśli nie opuszczają swego źródła i nie mogą być inne niż ich źródło. Albo więc jestem taki, jakim stworzył mnie Bóg, albo jestem tym, co sam o sobie myślę. Tylko jedno z dwojga może być prawdziwe. Nie mogą istnieć dwie wykluczające się nawzajem prawdy.

Abstrahując nawet od tego, co jest prawdą, można by sobie zadać pytanie: Co chciałbym, aby było prawdą? Jeśli chcę wierzyć w ideę, że mogę stwarzać inaczej niż stwarza Bóg i że mogę zniekształcić Boskie doskonałe stworzenie, to będzie to dla mnie prawdziwe. Nawet jeśli w rzeczywistości to niemożliwe, to jednak dla mnie będzie wydawało się realne, ponieważ użyję całej mocy Boga, by wierzyć w swoje złudzenia. Będę wówczas próbował stwarzać Boga na swoje podobieństwo zamiast uznać, że jestem taki, jakim On mnie stworzył. Cytowany wyżej komentarz jest tylko jednym z wielu przykładów myślenia, że Bóg jest podobny do mnie – takiego, jakim się postrzegam. Choć mogę się mylić, to nie mogę przecież widzieć Boga inaczej niż widzę siebie. A więc jeśli ja znam cierpienie, to wierzę również, że Bóg je zna. Jeśli postrzegam siebie jako odrębną jednostkę w ciele, to podobnie postrzegam Boga – albo jako istotę oddzieloną ode mnie i pozostającą gdzieś na zewnątrz, albo – jak nasza czytelniczka – jako dualistyczną rzeczywistość, w której cierpienie i radość idą ramię w ramię. W ludzkim umyśle nie mieści się nawet idea, że Bóg może nic nie wiedzieć o oddzieleniu, cierpieniu, bólu i śmierci. Idea ta nie oznacza wcale, że Bóg jest nieświadomy tego, co się dzieje w Jego Umyśle. Wręcz przeciwnie – oznacza ona, że Bóg jest całkowitą świadomością – pełnią, poza którą nic nie istnieje. A zatem jakakolwiek myśl o oddzieleniu od tej pełni jest przejawem nieświadomości. W Kursie Cudów nazywana jest ona snem lub po prostu złudzeniem.

Dopóki człowiek nie ma dość ograniczenia, bólu i cierpienia i próbuje je w jakikolwiek sposób uzasadniać, to będą one dla niego prawdziwe. Nie zakwestionuje on więc podstaw swego myślenia, wierząc że ma rację. Tym samym nie otworzy się na doświadczenie czegoś zupełnie innego. Tak też przez pewien czas było ze mną. Dopóki byłem zdeterminowany obwiniać Boga za świat i myśleć, że Bóg ma z nim coś wspólnego, byłem arogancki. Próbowałem bowiem wtłoczyć ideę doskonałości do mojego snu o oddzieleniu. Usiłowałem sprowadzić prawdę do moich złudzeń. W moim umyśle nie było Boga, tylko koncepcja Boga wymyślonego na moje podobieństwo. Broniłem swojej koncepcji siebie – podobnie jak robi to nasza czytelniczka – dopóki nie uświadomiłem sobie, że jest kompletnie niedorzeczna. Zrozumiałem, że idea dobra i zła to konflikt – mój własny konflikt – i jeśli Bóg jest pokojem, to nie może mieć nic wspólnego z konfliktem.

Czy mogę być radosny bez cierpienia?
Główną koncepcją, której broni człowiek, jest koncepcja dualizmu. Ponieważ człowiek zna jedynie dualizm, który jest tym samym, co konflikt, to wydaje mu się, że pokoju może doświadczyć jedynie poprzez przezwyciężenie konfliktu. Sądzi również – jak nasza czytelniczka – że nie można doświadczyć radości bez cierpienia i odwrotnie. Cierpienie i konflikt są więc dla człowieka atrakcyjne, ponieważ – jak sądzi – bez nich nie znałby radości i pokoju. Czym więc zajmuje się człowiek? Nieustannym przezwyciężaniem swojego konfliktu i cierpienia. To jest jego główna rozrywka. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że jego przezwyciężanie problemu czyni problem prawdziwym w jego umyśle. Co więcej, nigdy naprawdę nie może przezwyciężyć problemu i doświadczyć prawdziwej radości i pokoju. Doświadcza jedynie ulotnej przyjemności i chwilowego rozejmu pomiędzy chwilami konfliktu.

Nie lekceważmy jednak obłąkania natury ludzkiej. Idea jedni, nieskończonej miłości i radości bez przeciwieństwa wydaje się człowiekowi kompletnie nieatrakcyjna i nudna. „Cóż ja bym zrobił bez swojego konfliktu?” – myśli człowiek. „Nie mógłbym być dłużej człowiekiem”. I co do tego ostatniego się nie myli. Gdy rozpoznaję swoją jedność z Bogiem, to uświadamiam sobie, że nie byłem niczym z tego, czym – jak sądziłem – jestem.

Doświadczenie jedności z Bogiem i ze wszystkim, co jest, nie ma nic wspólnego z nudą. Dzięki temu doświadczeniu zacząłem widzieć kontrast między prawdą a złudzeniem. Zobaczyłem, że to właśnie kondycja ludzka z całym swoim konfliktem jest nudna. Natomiast doświaczenie jedności wykracza poza najwspanialsze doświadczenia, które miałem w swoim utożsamieniu z odrębną ludzką tożsamością. Tego doświadczenia nie da się opisać słowami. Niesie ono bowiem ze sobą miłość, radość i pokój, których nigdy nie doświadczałem w swoim poczuciu rozszczepienia. Zacząłem rozpoznawać, że nie ma potrzeby uczenia się poprzez ból. Łagodnych lekcji uczy się natomiast radośnie i zapamiętuje je z przyjemnością (Kurs Cudów, Rozdział 21, I). Nie potrzebuję bólu, by wiedzieć, czym jest radość. Radość jest jakością samą w sobie i nie ma żadnego przeciwieństwa.

Różnorodność jako rozproszenie
Gdy zacząłem rozpoznawać, kim naprawdę jestem, to zobaczyłem, że cała moja „tęczowa różnorodność”, którą do tamtej pory bardzo ceniłem, była jedynie moim sposobem rozpraszania własnego umysłu po to, bym pozostał w konflikcie. „Zobacz, jak świat jest piękny” – mówi człowiek. – „Zobacz ile w nim barw i kolorów, ile cudownych różnych miejsc, ludzi i okoliczności”. W ten sposób człowiek zatrzymuje się na tym, co mówia mu jego zmysły, a więc nadal wierzy, że jego rzeczywistość jest materialna, a zatem ograniczona. Ponieważ boi się utracić małość, którą – jak mu się wydaje – posiada, to trzyma się jej i nie potrafi zobaczyć, że jest czymś dużo więcej niż garstką prochu. Nie rozumie, że jego prawdziwa wartość, piękno i szczęście dalece wykraczają poza największe poczucie wartości, piękna i szczęścia, jakich kiedykolwiek doświaczył w tym świecie.

Czy to oznacza, że trzebać coś utracić, żeby sobie przypomnieć prawdę? Tylko złudzenia. A to nie jest żadną stratą. Powiem więcej: ku mojemu zaskoczeniu moje przebudzenie nie odebrało mi niczego nawet na poziomie formy. Mogę wciąż cieszyć się zachodami słońca, spotkaniami z ludźmi, podróżami czy dobrym obiadem, ale moje szczęście nie zależy od żadnej z tych rzeczy. Jestem szczęśliwy, ponieważ to jest mój naturalny stan, który nie jest zależny od żadnych okoliczności. Bóg stworzył mnie szczęśliwym i z pewnością nie zaaplikował mi żadnego bólu, abym dzięki niemu doświadczał radości. Ból był moim pomysłem, a nie Boga. Był to bardzo kiepski pomysł. Kurs Cudów nazywa ból fałszywą perspektywą (patrz lekcja 190).

Co do jednego muszę się zgodzić z naszą czytelniczką: ból i radość, tak jak ją rozumie człowiek, rzeczywiście zawierają się w sobie nawzajem. Można powiedzieć, że dopóki utożsamiałem się z odrębną egotyczną tożsamością, to rzeczywiście ból był moją radością. Bez bólu nie potrafiłbym określić, „kim jestem”. Ból był więc sposobem na podtrzymanie oddzielenia. Cóż lepiej mogło mi udowodnić, że jestem oddzielony od wiecznej i nieprzerwanej radości niż ból? Kochałem więc swój ból dopóki nie zobaczyłem, że to bez sensu.

Warto też zwrócić uwagę, że wszystko to, co człowiek określa jako przyjemne, zawsze wiąże się z bólem, choćby z bólem, który czuje on, gdy owa przyjemność się kończy. Nie ma żadnej ludzkiej przyjemności, która by nie kryła pod sobą bólu. W tym sensie ból i przyjemność idą ze sobą w parze. Przyjemność jest jednak formą rozproszenia, by nie poczuć całkowicie bólu oddzielenia. W momencie gdy go czuję, to natychmiast wyrażam chęć, by z niego zrezygnować. Wybieram radość Bożą zamiast bólu.

Bezwarunkowa miłość
Odnieśmy się jeszcze do idei bezwarunkowej miłości. Nasza czytelniczka powiedziała tak: Nie można odkryć, że jest się nieograniczoną bezwarunkową miłością bez dualnych form w każdej postaci. Czymże to jest, jak nie wytwarzaniem w umyśle warunków, aby odkryć, czym jest miłość? Spójrzmy na to rozsądnie: Najpierw muszę przecież wytworzyć w swoim umyśle jakieś warunki, aby następnie te warunki przezwyciężać. Krótko mówiąc: nie byłoby idei bezwarunkowej miłości bez idei warunkowej miłości. Jedna idea podtrzymuje drugą.

Miłość jednak nie potrzebuje żadnych warunków. Nie musi się oddzielać, żeby być sobą, ani wytwarzać dualnych form, żeby wiedzieć, czym jest. Miłość po prostu jest i zawsze była. Nie jest ani bezwarunkowa, ani warunkowa, lecz po prostu jest. Idea bezwarunkowej miłości – tak jak rozumie ją świat – jest jedynie sposobem na podtrzymywanie złudzenia, że jest coś innego niż miłość. Nie ma jednak niczego innego. A zatem ból, lęk i konflikt w jakiejkolwiek postaci są niemożliwe.

W jaki sposób możesz to rozpoznać i stać się szczęśliwym uczniem? Poprzez oddanie Duchowi Świętemu (czyli tej części twojego umysłu, która widzi ból, ale wie z całą pewnością, że nie jest on prawdziwy) wszystkiego, czego sam się nauczyłeś – wszystkich koncepcji i osądów,  aby mogły zostać dla ciebie oduczone. Następnie zaś musisz zacząć uczyć się radosnych lekcji, które przychodzą szybko dzięki trwałej podstawie, że prawda jest prawdziwa (Kurs Cudów, Rozdział 14, II) Te lekcje zaś pokażą ci, że: ból jest złudzeniem, radość jest rzeczywistością. Ból jest tylko snem, radość jest przebudzeniem. Ból jest oszustwem, tylko radość jest prawdą (Kurs Cudów, fragment lekcji 190).

6 Replies to “Radość bez bólu”

  1. To, co tu wyjaśniłeś nam, przypomniałeś, Nauczycielu Rafale, jest bardzo ekscytujące i poruszające serce… Ono najszybciej wyczuwa prawdę. I z głębi serca dziękuję Ci…

  2. Miałem obawy by dziś wejść do Ciebie Rafał bo po prostu było mi wstyd.
    Atakowałem Cię i usunąłeś moje wpisy, pytania.
    Wchodzę i widzę ten artykuł i to nie jest przypadek.
    Przypadkiem również nie zadzwonił dziś do mnie po wielu latach stary przyjaciel z którym byłem pogniewany.

    Otóż dziś stał się w moim życiu cud i dotyczy wiary w błędną ideę jakoby ból był nam do czegoś potrzebny.
    Przyznam się od razu że nie czytałem tego wpisu pod którym wstawiam komentarz.
    Wybaczcie mi ale jestem wykończony po szaleństwach ego i tym co dziś zobaczyłem.

    N cały świat, na rządy, służby policji itp, wychowawców, nauczycieli, księży, chyba na wszystko projektowałem tą winę która była w moim umyśle. Na kolegę który odezwał się po latach też. Nienawidziłem ich bo widziałem w nich to w co sam wierzyłem. A wierzyłem że ból nas czegoś uczy.
    Może i uczy ale mnie przez trzydzieści lat z przerwami niczego nie nauczył. Tylko kwestia czasu by o nim zapomnieć i zrobić to czego obiecuje się nie robić.
    Ból jest narzędziem ego. Ego używa bólu jako środka zapobiegawczego i pouczającego. To jest miecz obosieczny. Nie współczułem chorym. Gdzieś sms tyłu głowy, prawie niezauważona kręciła się myśl: hak pocierpisz to zmądrzejesz, otworzysz oczy.
    Taką myślą częstowałem ludzi.
    A co dajesz to dostajesz bo oba są jednym i dostawałem to sami. Coraz więcej bólu.
    Ba, nazwałem go nawet swoim przyjacielem, mistrzem, kompasem, nie dającym zejść ni z drogi. Bzdura.
    Nie pozwalał mi oddalać się od Boga ale już w drodze powrotnej do Domu do niczego mi nie służył.
    Jest granicą przez którą nie możemy przejść bo każdy ma swoją tolerancję na ból.
    W samym przebudzeniu jednak nie odgrywa żadnej roli. W przebudzeniu dostaliśmy narzędzie wybaczanie i Nauczyciela Ducha Świętego.
    Ból nie jest czymś co może współistnieć z wybaczaniem i błędem moim było myśleć że jest inaczej. Zrobiłem z niego bożka i postawiłem na równi z wybaczaniem, z Duchem Świętym. Duch Święty wprowadza do umysłu światło, radość i zastępuje myśli ego. To stała naprawa po której już nie robię glupot bo nie chcę, bo po co?
    Ból niczego w umyśle nie naprawia. Błąd wciąż tkwi i jesteśmy zdolni do popełniania tego błędu i zrobimy to jesli tylko ból nas nie powstrzyma lub o nim zapomnimy.
    Ból zmusza, nakazuje, kontroluje a zachowuje ukrytą wyimaginowaną winę. Wymusza zmianę zachowania odstraszając ale nie lecząc.
    Duch Święty leczy, naprawia i nie ma w jego piórniku z przyborami do nauki takiego przedmiotu jak ból.
    Jaką funkcję miałby pełnić ból w Niebie jeśli w drodze do Domu Duch Święty go nie używa. Na co komu narzędzie które jest bez wartości?
    Wierzyłem w ból jako wartość i był ze mną długo. Sam go przy sobie trzymałem. Dziś stracił dla mnie znaczenie jako nauczyciel przebudzenia.
    Ktoś powiedział: Ci którzy straszą innych piekłem, to na nich spadną wszystkie diabły.
    Na mnie spadły bo używałem lęku jako narzędzia w nauczaniu.
    Od dziś pragnę używać tylko Kursowego wybaczania.
    Kto chce niech mi wierzy a kto nie chce, niech sam się przekona. Bóg nie jest autorem lęku i nie wie nic o bólu.

    Wrzucając ból i Boga do jednego koszyka mówiłem tak: Niech będzie Twoja Wola ale…
    Zagramy w Twoją grę ale na moich warunkach.
    Duchu Święty Ty prowadź ale ja wybiorę auto.
    Ty mnie zmierz ale ja Ci dam moją linijkę.

    Ja Mu nie pozwalałem pracować, wypełnić Jego funkcji. Nie mógł mnie zabrać do Nieba bo miałem w plecaku ból który ceniłem a ból był za ciężki. Nie chciał przejść przez ucho igielne.
    Przepraszam wszystkich kogo tu uraziłem.
    Dziękuję Bogu i wszystkim których użył Duch Święty i którzy pomogli mi się przebudzić i nie zabierać już w tej drodze ze sobą bólu.
    Ból nie jest już moim bożkiem.
    🙂

  3. I ja… zafascynowana tym kontrastem. Tym konfliktem. Uzalezniona… Mam ta emocje zapisana w komorkach. Jeszcze…
    Kiedy odczuwam tak ogromna ulge – gdy konflikt sie konczy, gdy cos udaje mi sie rozwiazac.
    W calym moim dotychczasowym zywocie – nie znalam mocniejszej emocji. Dlatego sie uzaleznilam.
    Ale teraz juz nie musze okreslac sie tak wlasnie. W ogole nie musze sie okreslac.
    Jestem w doswiadczeniu Kursu Cudow.

    Moja przeszlosc, starsza niz ‚TERAZ’
    – zupelnie sie nie liczy.
    Od jednej decyzji
    – zalezy ‚moje wszystko’.

  4. Ja również przez wiele lat byłem entuzjastą myśli zawartych w „Rozmowach z Bogiem” mówiących że to Bóg stworzył ten świat z całą paletą różnorodności i przeciwieństw, aby dzięki temu mógł poznawać siebie doświadczalnie, ponieważ przed tym stworzeniem znał siebie jedynie koncepcyjnie itd. Dzisiaj dzięki studiowaniu Kursu Cudów rozpoznaje że te idee nie mogły być prawdziwe, że Bóg może stwarzać tylko to co jest wieczne, doskonałe i nieskończone i w żaden sposób nie musi eksperymentować żeby „poznawać siebie”. Z mojego dzisiejszego punktu widzenia ta teoria była mocno naciągana, żeby nie powiedzieć że wręcz dziecinna i jednocześnie dobrze pokazująca ludzką tendencje do przypisywania Bogu ludzkich cech, co oczywiście jest absurdalne. Nie mniej jednak „Rozmowy z Bogiem” były dla mnie w owym czasie ważną lekturą, która przygotowywała mój umysł na pełne otworzenie się dla Prawdy, która objawia mi się w przesłaniu Jezusa, w Kursie Cudów za co jestem niewymownie wdzięczny.
    Rafale świetny, dogłębny artykuł z całego serca dziękuje za Światło którym się dzielisz.