Przebaczyć sobie

Przebaczyć sobieW przebaczeniu naprawdę nie chodzi o nikogo innego. Zawsze chodzi tylko o mnie. Uświadomienie sobie tego zajęło mi trochę czasu, ale gdy już to faktycznie przyjąłem do wiadomości, jakaż to była ulga! Czułem, jakbym uwalniał się od długo dźwiganego i zupełnie niepotrzebnego bagażu.

Jak to się wszystko zaczęło? Choć znałem koncepcję przebaczenia z Kursu Cudów i czułem jej dobrodziejstwa w wielu momentach mojego życia, to jednak coś mi mówiło, że jeszcze nie zrobiłem wszystkiego, co jest do zrobienia. Nie czułem bowiem całkowitego spokoju, wciąż reagowałem wzburzeniem w niektórych sytuacjach, a fizyczne symptomy w moim ciele (jak np. napięcie) pokazywały mi, że coś jeszcze nie zostało przebaczone. I wreszcie zrozumiałem: nie przebaczyłem sobie.

Przebaczenie jednej myśli
Na poziomie koncepcyjnym wiedziałem, że mam przebaczyć sobie, skoro jest tylko mój umysł. Ale chodziło o coś więcej niż koncepcje. Chodziło o faktyczne przebaczenie sobie, czyli rozpoznanie własnej pełni i jedności z Bogiem. Czego więc sobie jeszcze nie przebaczyłem? Jedynej rzeczy, jaka jest kiedykolwiek do przebaczenia: mojej własnej myśli o oddzieleniu od Boga. Choć miałem już sporo jednorazowych doświadczeń, że prawdą o mnie jest niewinność, oraz że Bóg mnie nie potępił i kocha niezmienną miłością, to nie pozwoliłem, aby ta prawda przemieniła mnie na wskroś. Słowem: nie przyjąłem tej prawdy w pełni do swego serca. Wciąż się opierałem. Wciąż projektowałem na Boga, na świat i na swoje ciało mój własny lęk przed spotkaniem z Bogiem – z prawdą o mnie samym.

Czym jest projekcja i osąd?
Czym była moja projekcja? Próbą wyparcia tego, czego nie akceptowałem w swoim umyśle, na zewnątrz. Teraz już wiem, ale wtedy nie wiedziałem, że wszelka reakcja gniewu była tylko sposobem radzenia sobie z myślą o oddzieleniu poprzez widzenie problemu na zewnątrz. I tak oto winny wydawał się inny człowiek, sytuacja lub moje ciało, wywołując we mnie różnego reakcje emocjonalne i fizyczne. Nie chciałem wziąć pełnej odpowiedzialności za  moje myśli i przyznać, że widzę dokładnie to, co sam tam postawiłem. Znacznie wygodniej było na przykład powiedzieć: ten człowiek jest manipulujący i kontrolujący, zamiast zauważyć, że skoro to widzę i wciąż na to reaguję, to znaczy, że we mnie samym jest nieprzebaczona chęć kontroli i manipulacji. Znacznie łatwiej było kogoś ocenić, zamiast przyznać, że to ja projektuję na niego moje własne niskie poczucie własnej wartości.

Moja projekcja zawsze wiązała się z osądem. Ludzki osąd jest oceną sytuacji, osoby czy wydarzenia z perspektywy oddzielenia. Choć nic nie można osądzić rzetelnie z perspektywy oddzielenia, ponieważ nie zna się wszystkich faktów, to jednak ludzki umysł próbuje. I ja próbowałem. Każdy mój osąd był aktem oddzielania się od siebie samego. Nie zdawałem sobie sprawy, że za każdym razem gdy osądzałem „kogoś innego”, to podtrzymywałem jedynie wiarę w oddzielenie w moim umyśle. Nie wiedziałem też, że osądzam jedynie siebie. Każdy osąd był decyzją, by zawężyć moje postrzeganie siebie do ograniczonej formy cielesnej tożsamości. I oczywiście, prędzej czy później, zawsze odczuwałem konsekwencje mojego osądu, na przykład w postaci fizycznej dolegliwości czy emocjonalnego konfliktu.

Gdy zostaję sam ze sobą
Wreszcie cierpienie związane z osądem i nieprzebaczeniem stało się zbyt dotkliwe. A co jeszcze ważniejsze – nie mogłem już udawać, że problem jest na zewnątrz mnie. Rozpoznałem, że jeśli czuję cokolwiek innego niż doskonały pokój, to wynikało to z mojego nieprzebaczenia samemu sobie. Wzięcie odpowiedzialności za mój umysł było więc pierwszym krokiem do przebaczenia. Rozpoznałem, że naprawdę jestem odpowiedzialny za to, co widzę, i to jak wybieram uczucia, których doświadczam. (Kurs Cudów, Rozdział 21, II)

Prawdę mówiąc, gdy zostałem tylko ja na „placu boju” – innymi słowy, gdy już wiedziałem, że nie ma nikogo na zewnątrz, na kogo mógłbym dokonać projekcji – to poczułem ogromne odprężenie. Nie mogłem znaleźć żadnej winy w swoim umyśle. Nawet ja nie byłem winny, ponieważ wina zawsze wiązała się z oddzieleniem, a gdy uświadomiłem sobie, że jestem tylko ja, to nie było wobec kogo czuć się winnym. Nie było też sensu gniewać się na siebie samego. Niezależnie od tego, czy moje doświadczenia były przyjemne czy nieprzyjemne, przecież doświadczałem dokładnie tego, o co sam poprosiłem. Nikt mi tego nie zrobił. A skoro nikt mi tego nie zrobił, to miałem moc, by zobaczyć to inaczej.

Nie chodziło wcale o to, że sytuacja musiała się natychmiast zmienić. Chodziło o to, żeby zmieniła się moja percepcja sytuacji. Bo to moja błędna percepcja była właśnie źródłem cierpienia. Można powiedzieć, że przebaczenie było dla mnie uwolnieniem mojego postrzegania sytuacji – mojego jej osądu – mojego uporu, że mam rację. Czyż nie na tym właśnie polega trening umysł Kursu Cudów? Dokładnie na tym. Jego istotą jest uwolnienie błędnej nic nieznaczącej myśli i przyzwolenie, by zastąpiła ją w moim umyśle Myśl Boga, którą jest doskonała miłość, radość i pokój. A więc zamiast walczyć ze swoimi myślami czy próbować zmieniać to, co widzę, po prostu zobaczyłem, że to, co widzę jest bez znaczenia i moje myśli są bez znaczenia. Do otwierającego się w ten sposób umysłu mogło teraz przyjść doświadczenie pokoju, który zastępował moje złudzenie konfliktu.

Odpuszczenie oczekiwania
Poluzowanie i puszczenie własnych myśli oraz uwolnienie fałszywego postrzegania oznaczało też porzucenie wszelkich oczekiwań. Zdałem sobie sprawę, że moje dotychczasowe nieprzebaczenie wiązało się właśnie z oczekiwaniem. Z jednej strony oczekiwałem od ludzi czy sytuacji, że się zmienią, żebym mógł być szczęśliwy, i to – ma się rozumieć – nie działało. Z drugiej strony oczekiwałem doskonałości od siebie. Oczekiwanie doskonałości nie jest jednak tym samym, co doskonałość. Wręcz przeciwnie – jest zaprzeczaniem doskonałości, ponieważ wynika z mojego uporu, że nie jestem doskonałym już w tej chwili. To oczekiwanie sprawiało, że nie byłem wobec siebie łagodny, lecz potępiałem się za to, jak się czuję. Gdy wreszcie zobaczyłem, że w ten sposób nigdy nie wyjdę z kręgu samopotępienia, który sam sobie wytworzyłem, wtedy odpuściłem. Odpuściłem sobie myśl, że coś się musi zmienić na zewnątrz.

Zamiast oceniać to, co się ze mną w danym momencie działo jako dobre lub złe, po prostu się odprężyłem. Innymi słowy, pozwoliłem, by to, co się ze mną działo – to, co myślałem, widziałem i czułem – było przez chwilę bez znaczenia, jakie ja temu nadałem. Nie chodziło tu bynajmniej o obojętność wobec tego, co się działo, ponieważ to, co się działo, zawsze dawało mi jakiś komunikat na temat tego, co jeszcze ceniłem w swoim umyśle. Zamiast jednak potępiać się za to, po prostu zatrzymałem się i zaakceptowałem siebie. Nie była to akceptacja cierpienia czy konfliktu, lecz czystej świadomości tego, kim jestem, która była zawsze przy mnie i we mnie, ale której w ogóle nie zauważałem, gdy skupiałem się na swojej historii oddzielenia. Wraz z tą akceptacją siebie przyszła też zmiana – samoczynnie się dziejąca i niemająca nic wspólnego ze mną – z moimi myślami – a jednak przeze mnie doświadczana. W tej czystej świadomości konflikt i cierpienie były niemożliwe.

Akceptacja Boskości
Gdy przestałem próbować zmieniać cokolwiek na zewnątrz i po prostu całkowicie się odprężyłem, puściłem moją podstawową projekcję, z której wynikały wszystkie inne: Puściłem moją myśl o oddzieleniu od Boga. Zdałem sobie sprawę, że wszystkie moje doświadczenia niedoskonałości, konfliktu, a nawet próby ich zmiany swoimi metodami i całe dążenie do doskonałości, były projekcją mojego gniewu i lęku na Boga. Byłem jak dziecko, które kopie i krzyczy ze złości, mimo że otoczone jest Miłością swojego Ojca.

Pogrążony w swoim ludzkim doświadczeniu oddzielenia i własnych myślach, zapomniałem, że Bóg już stworzył mnie doskonałym, wiecznym, wolnym i całkowicie szczęśliwym. Tylko takim mnie znał. Tylko to było prawdziwe. Cokolwiek innego w moim doświadczeniu było więc jedyne moją mylną interpretacją rzeczywistości. Projektowałem na Boga – na swoją rzeczywistość i jej Źródło – moje własne zaprzeczenie.

Pełna akceptacja siebie takiego, jakim Bóg mnie stworzył, była rezygnacją z zaprzeczenia i jednocześnie puszczeniem moich oczekiwań. Nic nie musiało się zmienić, bo wszystko już było doskonałe w Bożym Królestwie. To nie oznacza, że doskonałe było moje postrzeganie materialnego świata, w którym konflikt, cierpienie  i śmierć wydawały się możliwe. Ale to postrzeganie było złudzeniem. Odprężenie się w Bogu i akceptacja własnej Boskości oznaczała równoczesne uświadomienie sobie, że iluzje są iluzjami i nie mają na mnie żadnego wpływu.

Przebaczenie to jedyny dar, jaki daję
Co mi teraz pozostało, jak tylko pamiętać o tym, że jestem taki, jakim stworzył mnie Bóg? To jest przebaczeniem, czyli świadomością, że w rzeczywistości nie ma nic co do przebaczenia, bo rzeczywistość już jest doskonała. Przebaczenie jest więc prostym przypomnieniem sobie prawdy. Jest rozpoznaniem, że nie jestem ani swoim ciałem, ani swoimi myślami, ani swoją historią, ani czymkolwiek co składa się na złudzenie odrębnej tożsamości (ego). Przebaczenie jest więc porzuceniem własnych złudzeń o sobie.

Czy wymaga to czujności? Tak. Ponieważ pojawiają się pokusy, by wierzyć w rzeczywistość ego i świata. Czujność jest więc moim skupieniem na Bogu – na prawdzie, na  moim jedynym celu – i niepozwalaniem, aby świat, czyli moja projekcja, mówił mi, kim jestem. Przebaczenie jest nowym nawykiem, którego wciąż się uczę. Zamiast nawyku osądzania, przyswajam sobie nawyk uwalniania wszystkich interperetacji, przekonań, spostrzeżeń i myśli, jakie mam na temat czegokolwiek. Gdy to robię, czuję się wolny. Nie robię tego sam. Używam Ducha Świętego, który jest tą częścią mojego umysłu, która zna prawdę. Gdy wyrażam chęć, by uwolnić swoje postrzeganie sytuacji, by nie trzymać się swojej racji, wtedy światło Ducha Świętego może działać przeze mnie, rozpraszając wszystkie moje złudzenia. Może wniknąć w najciemniejsze zakamarki mojego umysłu, które próbowałem ukryć przed światłem. Zamiast bać się spojrzenia na nie, chętnie się im teraz przyglądam, ponieważ spojrzenie na nie w świetle jest sposobem, w jakim moja wiara w ciemność zostaje przezwyciężona. Gdzie jest bowiem ciemność, kiedy przyszło światło? Nigdzie. Gdy jestem w świetle, przebaczenie staje łatwe jak oddychanie. Jest wpuszczaniem do umysłu tego, co jest i puszczaniem tego, czego nie ma.

Czy przebaczenie jest jedyną rzeczą, jakę chcę się teraz dzielić? Tak, ponieważ przebaczenie jest dla mnie odprężeniem, wolnością i spokojem. Gdy dzielę się tym ze swoim światem, to i sam otrzymuje dar, który daję. Dawanie i otrzymywanie są w rzeczywistości jednym. I rozpoznaję to bardzo szybko, gdy porzucam swój osąd i przebaczam. Tylko pozornie przebaczam światu. Zawsze przebaczam swojej myśli  o świecie. Zawsze przebaczam swojej myśli o Bogu. Zawsze przebaczam swojej myśli o tobie. Zawsze przebaczam sobie.

Wybaczenie to jedyny dar, jaki daję, ponieważ jest to jedyny dar, którego chcę. A wszystko, co daję, daję sobie. Jest to prosta formuła zbawienia. Sam zaś, chcąc być zbawiony, chcę uczynić ją moją, by stała się moim sposobem życia w świecie, który potrzebuje zbawienia i który będzie zbawiony, gdy przyjmę Pojednanie dla siebie (Kurs Cudów, fragment lekcji 297).

3 Replies to “Przebaczyć sobie”

  1. Wspanialy artykol. Bardzo pragne tego wszystkiego o czym mowisz. Wierze, ze wprowadze to w moje zycie. Wierze ze staje sie to naturalna czescia Mnie. Ogromnie dziekuje