O byciu łagodnym dla siebie

O byciu łagodnym dla siebieCzy jesteś dziś dla siebie łagodny?

Co to znaczy być dla siebie łagodnym? To znaczy: kochać siebie i pozwolić sobie na bycie kochanym. Wymaga to oczywiście uważności na własne myśli. Jeśli bowiem pozwalam na jakikolwiek osąd w swoim umyśle, odczucie lęku, smutek, gniew czy poczucie winy, to nie jestem wobec siebie łagodny. Słowem: jeśli próbuję oddzielić się od Miłości Boga, która jest moją jedyną rzeczywistością, i utożsamiam się ze swoimi myślami, to nie jestem wobec siebie łagodny. Łagodność lub brak łagodności wobec siebie odzwierciedla się oczywiście w doświadczeniu we własnym ciele oraz w relacjach z innnymi. Pokazuje mi, na ile moje przemiana jest prawdziwa, a na ile jest tylko koncepcją.

Opowiem o doświadczeniu, które miałem kilka dni temu. Postanowiłem wówczas być wobec siebie stuprocentowo łagodnym. Oznaczało to bycie całkowicie uważnym, czy daję sobie miłość w każdej chwili.

Gdy jadłem śniadanie, zadbałem o to, by całkowicie skupić się na tej chwili, na jedzeniu śniadania, na każym kęsie, który biorę do ust. Wiedziałem już bowiem, że moje przyzwolenie na błąkanie myśli w mojej głowie, niewiązanych z tym, co robię, jest formą ataku na samego siebie. Zauważyłem już wcześniej, że gdy nie jestem uważny, to połykam to, co jem, zamiast celebrować ten moment jako świętą chwilę spotkania z samym sobą. Oczywiście odbija się to na ciele. Rodzi bowiem poczucie rozdwojenia, które jest źródłem stresu. Ciało staje się kozłem ofiarnym umysłu, który zamiast być tu i teraz, dryfuje gdzieś w przestrzeniach nic nieznaczących myśli na temat przeszłości i przyszłości. Zamiast to robić, postanowiłem być dla siebie łagodnym. Dzięki temu jedzenie śniadania nie było już tylko jedzeniem śniadania. Było doświadczaniem miłości. Dzięki skupieniu na teraźniejszej chwili, każdy kęs nie tylko odżywiał ciało, ale przede wszystkim odżywiał moją duszę. Umysł i ciało w tej jednej chwili były bowiem jednym. Wydawało się, jakbym jadł śniadanie, ale w rzeczywistości stałem się czystą świadomością obecnej chwili.

I tak samo było w innych momentach dnia. Na przykład, gdy się goliłem, robiłem to bez pośpiechu, z pełną świadomością, że pośpiech jest lękiem, czyli brakiem łagodności wobec siebie. Każdy ruch maszynki do golenia był jak radosny akt połączenia z samym sobą. Wydawało się, że się golę, ale w rzeczywistości po prostu byłem całkowicie obecny. Nie miało znaczenia, co robię. Jedyne, co miało znaczenie, to żebym pamiętał, kim jestem. Właśnie to było aktem łagodności wobec siebie. I co ciekawe, pamiętanie, kim jestem, było możliwe poprzez skupienie się na fizycznej czynności. Paradoksalnie, bycie całkowicie obecnym w swoim ciele uwalniało mnie od identyfikacji z ciałem oraz z czasem i przestrzenią. Wiedziałem więc, że nie jestem ciałem zawartym w czasie i przestrzeni, choć wykonywałem fizyczną czynność. Byłem po prostu czystą świadomością, którą w tamtej chwili wyrażała się w ten, a nie inny sposób.

Bezpośrednie spotkanie i rozmowa z drugim człowiekiem było dla mnie również tego dnia okazją do treningu łagodności. W tym przypadku bycie łagodnym oznaczało pamiętanie, żeby zadbać o doświadczenie wewnętrznego spokoju. Emocjonalne reagowanie na to, co mówi, czy robi drugi człowiek, byłoby brakiem łagodności wobec siebie, gdyż wynikałoby z przekonania, że jego działania mogą wpłynąć na to, jak się czuję. Nie mogą, jeśli na to nie pozwolę. A więc tego dnia zdecydowałem się nie pozwalać, aby świat mówił mi, kim jestem. Gdy pojawiało się we mnie jakieś odczucie, które nie było miłością, przemieniałem to w swoim umyśle poprzez zwykłą decyzję, że chcę to widzieć inaczej. Nie skupiałem się więc na tym, co działo się pozornie na zewnątrz. Chodziło o to, żebym pamiętał, że nie ma nic na zewnątrz. I to było najwyższym wyrazem łagodności, jaki mogłem zaofiarować sobie i człowiekowi, z którym rozmawiałem.

Ten dzień zaprezentował mi wiele pozornych wyzwań. Jednym z nich było wypełnianie druku w urzędzie. Wydawało się, że była to czynność niechciana, którą chciałbym jak najszybciej zastąpić inną. Ale przed wypełnieniem druku, zatrzymałem się, wziąłem głęboki oddech i pomyślałem: „Jeżeli będę wypełniał ten druk, niezupełnie jednak chcąc to robić i myślami będąc gdzieś indziej, to będę w stanie lęku. Dlaczego miałbym to sobie robić? Jeżeli mam być w stanie lęku, to nie ma sensu, żebym w ogóle wypełniłał ten druk. A jeżeli go wypełnię, to zrobię to z całkowitym oddaniem i miłością.” Tak więc zmieniłem zdanie na temat tej sytuacji i postanowiłem nie odróżniać jej od jakiejkolwiek innej sytuacji. Zamiast myśleć, że później, jak już wypełnię ten druk, będzie mi lepiej, podekscytowany zabrałem się do jego wypełniania. To przecież była tak chwila – jedyna chwila, jaką miałem. Poprzez danie jej całkowitej uwagi akt wypełniania druku w urzędzie, zamiast być mozolną i niechcianą czynnością, stał się radosną przygodą.

Taką samą przygodą było mijanie ludzi na ulicy. Widziałem wszechobecny pośpiech i postanowiłem być wobec siebie łagodny. Postanowiłem się nie spieszyć. Przypomniała mi się scena z filmu Matrix, w której główny bohater, Neo, odbywając trening w programie komputerowym wchodził w kolizję z przechodniami na ulicy, podczas gdy jego trener, Morfeusz, szedł sobie zupełnie nietknięty. Gdy utożsamiam się z ciałem i spieszę się do jakiegoś małego celu, który sobie wymyślam, to zapominam, kim jestem. Zderzam się więc z projekcjami mojego własnego umysłu, dopóki nie rozpoznam, że to wszystko ja – to wszystko mój umysł. Żeby to rozpoznać, w tamtym momencie wystarczyła decyzja, by być wobec siebie łagodnym. Dzięki tej decyzji, przestałem widzieć siebie jako ciało pędzące w dal wśród innych ciał. Zamiast przechodzić obok mojego brata obojętnie, byłem świadomy siebie. Ta prosta przemiana umysłu sprawiła, że cała konfiguracja czasoprzestrzenna uległa zmianie. Mój własny „program komputerowy” nie mógł mnie atakować, ponieważ widziałem, że to mój program. Co więcej, będąc całkowicie obecnym, zrobiłem przestrzeń dla nowego doświadczenia. Pozornie widziałem pędzące ciała, ale nie dawałem się oszukać temu, co widzę. W centrum Warszawy panowała miłość.

I ta miłość przeniosła się ze mną do metra. Zamiast skupiać się na własnym myślach o niczym, pamiętałem, żeby być dla siebie łagodnym. Oznaczało to również bycie łagodnym wobec mojego brata. Gdybym jadąc metrem, był jedynie skoncetrowany na myślach przebiegających w mojej głowie, to straciłbym tę niepowtarzalną okazję spotkania z moim bratem i zaofiarowania mu całkowitego rozwiązania. Całkowitym rozwiązaniem w tamtym momencie było wzięcie głębokiego oddechu i zwyczajne zanurzenie się w chwili obecnej. Zamiast pogrążąć się w nieświadomości własnych nic nieznaczących myśli, byłem świadomy tego, kim jestem. Bycie świadomym tego, kim jestem, oznaczało również bycie świadomym tego, kim jest mój brat. I ta świadomość budziła cały mój świat z głębokiego snu. Z mojego snu. Była bowiem otwarciem mojego umysłu na doświadczenie obecności Boga. I w ten sposób Jego miłość, która była moją miłością, zbawiała mój świat od moich własnych myśli o nim.

W pewnym momencie  w ciągu dnia w moim umyśle pojawiła się pokusa martwienia się poprzez próbę zaplanowania przyszłości. Ale myśl o byciu łagodnym wobec siebie wciąż pozostawała ze mną. Wiedziałem, że jeśli będę się martwił o cokolwiek, to znaczy, że będę postrzegał siebie jako ezgystującego w liniowym czasie. A to samo w sobie byłoby stanem lęku. Pozwoliłem więc, żeby pokusa zmartwienia została przemieniona w akt poddania się TEJ CHWILI. Przypomniałem sobie bowiem, że przyszłości jeszcze nie ma, a więc myślenie o niej jest myśleniem o niczym. Zobaczyłem, że nie mogę się zabezpieczyć poprzez próbę kontrolowania przyszłości. Mogę tylko odprężyć się w tym, co jest TERAZ.

Gdy wróciłem do domu, zapomniałem przez chwilę o decyzji bycia wobec siebie łagodnym i zacząłem z zapamiętaniem pisać na komputerze, ponieważ natychmiast chciałem się podzielić tym, co przeżyłem. Nagle poczułem zmęczenie i napięcie. Był to sygnał, żeby zmienić zdanie. „Tak nie musi być”. pomyślałem. Może to nie jest czas, żebym cokolwiek pisał”. A więc przestałem i zostawiłem przestrzeń (dlatego artykuł ten pojawia się kilka dni później). Dlaczego o tym mówię? Ponieważ jest to inny przykład niż sytuacja z wypełnianiem druku. Czasem jest tak, że możesz daną rzecz, która jeszcze przed chwilą wzbudzała w tobie niechęć, zrobić z uwagą i miłością i dzięki temu wszystko się zmienia (jak podczas mojego wypełniania urzędowego druku). A czasem jest tak, że po prostu masz w danym momencie czegoś nie robić, nawet czegoś, co normalnie jest dla ciebie inspirujące (jak moje pisanie artykułów na komputerze). Kryterium ładodności wobec samego siebie jest to, czy naprawdę robisz to, co masz w danej chwili zrobić.

Wszelki konflikt wyraża sie w robieniu tego, czego nie chcę lub nierobieniu tego, czego chcę.  A wszelki konflikt jest wyrazem lęku, czyli braku miłości wobec samego siebie. Tamtego wieczoru uświadomiłem sobie, że robienie czegokolwiek z poczucia obowiązku ukrywa poczucie winy, a jako takie jest wyrazem braku łagodności wobec samego siebie. W tamtej chwili siadanie przy komputerze było bardziej działaniem z obowiązku niż z inspiracji. I dlatego pojawiło się odczucie zmęczenia i napięcia. Najlepszą rzeczą, jaką mogłem wówczas zrobić, to odpocząć. Tak naprawdę to chciałem zrobić, ale nie robiłem tego, ponieważ myślałem, że powinienem zrobić coś innego. Aż się opamiętałem i przypomniałem sobie, że mam być dla siebie łagodny.

Co ciekawe, bycie łagodnym dla siebie służy nie tylko tobie, ale wszystkim w polu twojej świadomości. Gdy jesteś ładodny, to kochasz siebie, a gdy kochasz siebie, kochasz też tych, z którymi masz do czynienia. Gdy nie kochasz siebie, nie możesz też kochać swojego brata. Twoje działania opierają się bowiem na poczuciu poświęcenia bądź lęku. A to nie jest miłością. Gdy zaś jesteś łagodny wobec siebie, to doświadczasz spokoju i możesz ten spokój ofiarować swojemu bratu. Gdy jesteś łagodny wobec siebie, to zostawiasz również w swoim umyśle przestrzeń dla cudu. Gdy jesteś łagodny wobec siebie, to działasz z inspiracji, a nie z lęku.

11 Replies to “O byciu łagodnym dla siebie”

  1. Ktoś kiedyś powiedział: Wybaczać to za mało, my musimy stać się wybaczeniem=być łagodnym.
    Tak to dziś zobaczyłem. Łagodność jako aspekt miłości, wybaczenia.

    Jeśli kogoś rażą moje komentarze to wybaczcie. Pójdę gdzie indziej.

    • A gdy stajesz się wybaczeniem i jesteś łagodny, to nie możesz nikogo urazić ani nikt nie może urazić ciebie. Bo pamiętasz, że jesteś tylko ty 🙂

  2. Rafał może się mylę ale czy łagodność nie wiąże się z wybaczaniem? Czy nie jest to jego inne imię?
    Gdy czytałem tekst poczułem jakieś zakłócenie. Może wzięło się z myśli określającej łagodność jako środek inny niż wybaczenie a prowadzący do zbawienia. Dopiero gdy wybaczenie i łagodność zlały się w jedno płynność wróciła.
    Kiedy wybaczam automatycznie lęk zanika a miłość we mnie wzrasta. Kiedy jestem radosny bezwarunkowo wtedy ta radość sama się ze mnie wylewa na świat i chcę dawać jako ten który chwilowo ma więcej. Kiedy nie wybaczę wtedy nie ma we mnie radości i chcę brać ze świata by siebie nią napełnić.
    Wybaczając staję się pełnią i rozprzestrzeniam radość-miłość.
    Gdy nie wybaczę próbuję wymuszać kierunek odwrotny.
    Obowiązki widzę jako błąd w umyśle, przekonanie ego by zrobić coś dzieki czemu coś się zmieni w świecie zewnętrznym i to przyjdzie do mnie i da mi radość. Taki ruch z zewnątrz do wewnątrz.
    Jeśli wybaczam to nie potrzebuję obowiązków bo nie muszę się zmuszać i robić z siebie niewolnika.
    Gdy wybaczam to radość wypływa ze mnie jak rzeka a ja płynę na niej do tych do których ona mnie niesie. Taka jest wtedy moja wola i wydaje mi się że wola mojego Źródła.
    Działając w poczuciu obowiązku działam raczej w niewoli ego przekonany że tak musi być, ze to da mnie i komuś szczęście.
    Ale szczęście pochodzi od wewnątrz i pojawia się gdy wybaczam i rozchodzi się na zewnątrz. Daję z pełni. Nie biorę z zewnątrz by się napełnić.

    Zacząłem zakładać sad pod wpływem lęku. Miał to być ogród w ktorym mógłbym się schronić przed światem i który dał by mi radość. Chciałem ją wywołać w sobie przy pomocy sadu.
    Niedawno przebudziłem się w tej kwestii i zrozumiałem że jesli będę w nim działa to nie z lęku ale miłości i nie wykorzystam ogrodu do wywołania iluzji radości we mnie. To ze mnie będzie wylewać się miłość i przelewać na niego. Być może on będzie robił to samo. Oboje będziemy ją sobie dawać a ona będzie wzrastać. Zupełnie jak w niebiańskiej przepowiedni 😊

    • W odpowiedzi na Twoje pytanie: Dla mnie wszystko wiąże się z wybaczeniem. 🙂 A co do relacji obu pojęć, to o ile przebaczenie jest bardziej czynnością przemiany, to łagodność jest bardziej postawą umysłu wynikająca z tejże przemiany. Nie da się być łagodnym bez przebaczenia. W Podręczniku Kursu Cudów łagodność jest również opisywana jako jedna z cech nauczycieli Bożych.

      • Wydaje mi się że analizujesz. Rozbijasz prawdę na części zamiast je łączyć. Bronisz swoich racji? I czemu to służy? Potrzeba więcej wiernych, uznania? Może zamiast Cię atakować powinienem najpierw to wybaczyć co i tak chcę uczynić.
        Coś mi tu nie pasuje i zdaję sobie sprawę z tego że błąd jest w mym umyśle. Duch Święty nie bez powodu mnie tu kieruje. Mam okazję wybaczając sprowadzić iluzję do prawdy. Może uwolnię z tego błędu nas obu a może tylko tak mi się wydaje i jest to wyłącznie mój problem.
        Zobaczymy jak wybaczę 😊

        • Skoro zdajesz sobie sprawę, że błąd jest tylko w twoim umyśle, to musi to oznaczać, że atakujesz tylko samego siebie. Ja jestem jedynie ideą w twoim umyśle. Twoją własną ideą o tobie samym. Jakim widzisz mnie, takim widzisz siebie. Czemu by więc już teraz sobie nie przebaczyć?