Nie muszę czynić niczego

Nie muszę czynić niczegoRobienie czegokolwiek wiąże się z ciałem. Jeśli zaś uświadomisz sobie, że nie ma potrzeby, byś robił cokolwiek, wycofałeś ze swego umysłu wartość ciała. Oto otwarte drzwi, przez które szybko przemkniesz, pozostawiając za sobą wieki wysiłków, i wymkniesz się z czasu (Kurs Cudów, Rozdział 18, VII).

W pewnym momencie zauważyłem, że znajduję się w studni bez dna – w miejscu, w którym zawsze jest coś do zrobienia – i wiedziałem, że to się nigdy nie skończy, dopóki będę utożsamiać się z tym, czym nie jestem – z odrębną cielesną tożsamością i z lękiem. Stało się to jednak dla mnie na tyle bolesne, a zarazem niedorzeczne, że nie pozostało mi w końcu nic innego, jak przestać. Wiedziałem, że zależy to tylko ode mnie. Miłość Boga czekała jedynie na moje zaproszenie. Podjąłem więc decyzję, by przestać ufać swoim żałosnym wyobrażeniom na swój temat i zaufać Silę Większej ode mnie samego.

Idea, że nie muszę czynić niczego była dla mnie największą niespodzianką i doświadczeniem czystej radości, pokoju i odprężenia. Zobaczyłem, że naprawdę nie muszę się zmagać, nie muszę walczyć o przetrwanie, naprawiać siebie ani świata. W Bogu wszystko już zostało dokonane. Tylko arogancja podpowiadała mi, że muszę jeszcze coś dodać do Boskiego doskonałego planu. Całe moje myślenie, wszystkie starania, by być lepszym, by pomagać innym, by zbawić świat, były jedynie przeszkodą w przyjęciu tego, czym już jestem.

Wyłączną powinnością czyniącego cuda jest przyjęcie Pojednania dla siebie samego (Kurs Cudów, Rozdział 2, V). I to rzeczywiście było moim jedynym zadaniem. Innymi słowy, miałem wiedzieć, kim naprawdę jestem. W moim zbawieniu było zbawienie świata. Należało więc zmienić kierunek skupienia uwagi. Zamiast kierować się na zewnątrz, wystarczyło skierować się do wewnątrz. Tu tkwiła istota całej przygody uzdrowienia. Zawsze chodziło tylko o mnie. Nigdy nie było nikogo na zewnątrz. Wraz z tym uświadomieniem umysł w naturalny sposób zaczynał się szerzyć i komunikować. Dopiero w tym momencie mógł przyciągnać tych, którzy byli gotowi na uzdrowienie, i stać się środkiem uzdrowienia własnego snu. Dopiero w tym momencie był w stanie przyjmować dary miłości od braci, którzy go otaczali. Dopiero w tym momencie mógł usłyszeć głos mówiący do niego zawsze spoza czasu. Dopiero w tym momencie mogły zacząć dziać się cuda bez zakłóceń ze strony umysłu, który chciał wcześniej wszystko kontrolować.

Tego doświadczenia nie da się opowiedzieć ludzkiemu umysłowi, którego uwaga jest skupiona na zewnątrz, czyli na iluzjach, zamiast na własnym wnętrzu, czyli na tym, co prawdziwe. To zadzwiające, jak bardzo człowiek boi się zajrzeć do swego wnętrza, bo myśli, że znajdzie tam ból, jednak w rzeczywistości może odnaleźć jedynie pokój.

Oto, co mówi Jezus w rozdziale 12 Kursu Cudów: Boisz się mnie, ponieważ zajrzałeś do swego wnętrza i wystraszyłeś się tego, co ujrzałeś. Nie mogła to być jednak rzeczywistość, gdyż rzeczywistość twego umysłu to najpiękniejsze z Boskich stworzeń. Gdybyś ją naprawdę ujrzał, jej potęgę i majestat, pochodzące wyłącznie od Boga, przyniosłyby ci to jedynie pokój. Jeśli się boisz, to dlatego, że zobaczyłeś coś, czego nie ma. A przecież w tym samym miejscu mógłbyś ujrzeć mnie oraz wszystkich swoich braci – całkowicie bezpiecznych w Umyśle, który nas stworzył  (Kurs Cudów, Rozdział 12, VII).

Tego doświadczenia nie da się opowiedzieć umysłowi, który znajduje się w nałogu robienia i myślenia. Taki umysł myśli, że jeśli nie będzie polegał na własnych środkach przetrwania – na własnych mechanizmach obronnych, na tym, czego nauczyła go przeszłość i na misternie budowanych planach na przyszłość – to umrze. W istocie jednak stanie się coś zupełnie odwrotnego. To właśnie bowiem, na czym polega ludzki umysł, jest śmiertelnym nałogiem i prowadzi wyłącznie do śmierci. Dopiero, gdy umysł się poddaje, może rozpoznać, że nie ma śmierci i doświadczyć Łaski Boga, która działa poprzez niego oraz myśli i czuje poprzez niego. Tam, gdzie kończy się egotyczna tożsamość, tam Bóg może działać. Wtedy bowiem umysł nie usiłuje już dokonać niemożliwego i frustrującego zadania, jakim jest próba funkcjonowania w oddzieleniu od Źródła, ale staje się jednym ze swoim Źródłem i działa poprzez Nie. To Ojciec, który trwa we mnie, On sam dokonuje tych dzieł (Ewangelia św Jana 14,10).

Gdy doświadczyłem przebłysku Miłości Boga, uświadomiłem sobie, że wszystkie moje poprzednie wysiłki robienia czegokolwiek w tym świecie wynikały z fałszywego poczucia winy, którą próbowałem zatuszować pracowitym zajmowaniem umysłu kolejnymi zadaniami i koncepcjami. A oto objawiająca się Miłość Boga pokazywała mi, że byłem całkowicie niewinny. Miłość ta wcale mnie nie potępiała i nie chciała, bym na nią zasłużył czy zapracował. Akceptowała mnie całkowicie i bez zastrzeżeń. Wystarczyło sobie pozwolić być tym, czym zawsze byłem – doskonałym rozszerzeniem Bożej Miłości. Teraz, gdy już wiedziałem, kim jestem, mogłem robić cokolwiek. To już nie było robienie, tylko pozwalanie, by Miłość Boga przejawiała się we wszystkim. W tym sensie nie miało znaczenia, co robiłem. Celem moim bowiem był Bóg, a nie przetrwanie nieistniejącej odrębnej tożsamości.