Korekta szybsza niż prędkość światła

Korekta szybsza niz predkosc swiatla

Popełniwszy błąd miałem wczoraj okazję przyjrzeć się temu, jak dokonuje się korekta w moim umyśle. Błąd polegał na chwilowym braku uważności i posłuchaniu głosu ego zamiast głosu Ducha Świętego. Nie będę opisywał sytuacji, ponieważ nie ma ona znaczenia. Chcę jednak opisać sam proces korekty.

Choć pojawiła się pokusa obwiniania samego siebie o brak uważności, to zobaczyłem od razu, że poczucie winy jest próbą urzeczywistnienia błędu w umyśle, i co więcej – obciążania teraźniejszej chwili przeszłością, która przecież już przeminęła, a więc nie ma powodu, aby miała wpływ na to, jak się czuję teraz. Zdecydowałem więc, że nie będę rozpatrywał tego, co się wydarzyło w kategoriach winy. Winy nie można bowiem naprawić, ponieważ jest złudzeniem ukrywanym przed prawdą, a więc niepodatnym na korektę. Błąd jednak zawsze można naprawić. Gdy popełniam błąd i przyznaję się do tego – ale bez poczucia winy – wtedy mój umysł jest otwarty na korektę.

Co to znaczy przyznać się do błędu bez poczucia winy? To znaczy, że nie rozpamiętuję całej historii związanej z popełnionym błędem, lecz uznaję, że się pomyliłem i proszę o uzdrowienie – o to, bym mógł to zobaczyć inaczej.

Muszę w tym miejscu przyznać, że przez chwilę kusiło mnie, by rozpatrzyć to, co się stało, wyciągnąć wnioski i nauczyć się czegoś z tej sytuacji. Zobaczyłem jednak, jaką pułapką jest jakiekolwiek rozpamiętywanie przeszłości, nawet jeśli celem jest korekta. Jest to pułapką i fałszywym sposobem rozwiązania problemu z trzech powiązanych ze sobą powodów:
a) Jeśli ożywiam przeszłość w teraźniejszości poprzez próbę zrozumienia, dlaczego popełniłem błąd, to kryje się w tym nadal zawoalowane poczucie winy, które uniemożliwia teraźniejszą korektę, ponieważ błąd nadal wydaje się prawdziwy.
b) Jakiekolwiek myślenie o przeszłości wytwarza w umyśle złudzenie liniowego czasu, a wiara w liniowy czas zawsze wiąże się z poczuciem winy. Jeśli bowiem wierzę w następstwo zdarzeń w czasie, to muszę wierzyć, że przeszłość jest przyczyną teraźniejszości. Przekonanie to nie jest niczym innym, jak wiarą, że jestem karany za przeszłość w chwili obecnej. Takie myślenie uniemożliwia teraźniejszą korektę, ponieważ skupienie na przeszłości sprawia, że umysł w ogóle nie doświadcza teraźniejszości.
c) Nie można się nauczyć niczego z przeszłości, ponieważ przeszłość jest złudzeniem. Uświadomiłem sobie, że nigdy nie nauczyłem się niczego na przeszłych błędach. Gdybym się nauczył, to bym ich nie powielał.

Jak więc doszło do naprawdy w moim umyśle? Po pierwsze zobaczyłem, że korekta może się jedynie dokonać w tej chwili, ponieważ teraźniejszość jest jedynym czasem, jaki jest. Niezależnie od tego, jaki błąd popełniłem w przeszłości, nie ma znaczenia, co się stało kiedyś, tylko jak czuję się z tym teraz. Jeśli teraz nie odczuwam pokoju i pozostaje we mnie jakikolwiek ślad poczucia winy, to znaczy, że się pomyliłem w moim postrzeganiu sytuacji i potrzebuję teraźniejszej korekty. Potrzebuję TERAZ poczuć, że wszystko jest w porządku.

Jak można jednak naprawić TERAZ błąd, który popełniłem w przeszłości?
1. Po pierwsze, poprzez rozpoznanie, że przeszłość nie jest jakimś zdarzeniem, które miało miejsce kilka godzin (czy kilkadziesiąt lat) wcześniej. Cała moja przeszłość dzieje się w moim umyśle w tej chwili.
2. Po drugie, poprzez proste uznanie, że błąd nie ma żadnego wpływu na moją teraźniejszą rzeczywistość. Teraźniejszość jest bowiem bezbłędna i gdy doświadczam teraźniejszości, to doświadczam również swojej niewinności.

Kurs Cudów mówi wprost, że Duch Święty rozpoczyna od postrzegania cię doskonałym (Kurs Cudów, Rozdział 6, II). I tak też zdecydowałem się postrzegać tę sytuację. Spojrzałem na nią oczami Ducha Świętego. Choć nie posłuchałem Jego Głosu kilka godzin wcześniej, to nie miało żadnego znaczenia, ponieważ Duch Święty nie wierzy w liniowy czas. Chodziło więc jedynie o to, żeby pozwolić na teraźniejsze uzdrowienie, które automatycznie uzdrawiało moją ideę przeszłości. Uświadomiłem sobie, że moje myśli  na temat tej sytuacji są bez znaczenia. To ja nadałem jej całe znaczenie, jakie ona dla mnie miała. Zamiast jednak upierać się, że mam rację, czyli obstawać przy nadanym przeze mnie tej sytuacji znaczeniu, otworzyłem się na korektę. Dzięki temu zobaczyłem, że moje utożsamienie z własnymi myślami nie ma żadnego związku z rzeczywistością. Żadna z moich myśli nie była prawdziwa. Ani ta myśl o błędzie, ani ta myśl o tym, jak bym ten błąd jako człowiek naprawił. Rozpoznałem, że nic się w rzeczywistości nie stało. Cała moja opowieść była nieprawdziwa. Poczułem miłość i spokój i absolutną doskonałość tej chwili – tej jedynej chwili, jaką mam.

Ktoś mógłby powiedzieć, że takie uwolnienie od przeszłości w teraźniejszości to wyraz braku odpowiedzialności. Ludzkie rozumienie odpowiedzialności jednak zawsze wiąże się z winą. Zamiast więc być po ludzku odpowiedzialny pozwoliłem, aby Bóg był za mnie odpowiedzialny. Zamiast samemu  porządkować swoje myśli, pozwoliłem, aby On uporządkował moje myśli.

To nie znaczy oczywiście, że doświadczenie duchowego uwolnienia zwalnia mnie od pojednania się z bratem. Jezus powiedział o tym tak w Kazaniu na Górze: Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam sobie przypomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź  pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj (Mt 5, 23-24). Jeżeli w sercu pozostaje żal, to nie wystarczy odwoływanie się do Boga ani mówienie sobie, że ja odpuszczam wszystko we własnym umyśle. Czasem potrzeba fizycznej formy zadośćuczynienia czy podjęcia się konkretnych kroków zmierzających do uzdrowienia sytuacji. Świat to przecież odzwierciedlenie mojego umysłu. Korekta nie może się więc dokonać w oddzieleniu od mojego świata. Czasem sama przemiana w umyśle sprawia, że sytuacja się zmienia, a czasem częścią tej przemiany są konkretne działania. Chodzi o to, żeby nie uciekać od niczego i nie ukrywać niczego, ponieważ ukrywanie czegokolwiek jest ukrywaniem winy i lęku. Obnażenie w świetle tego, co ukryłem, i pozwolenie na korektę, jest wyrazem miłości do siebie samego i niezgody na lęk i winę.

Sytuacja, która skłoniła mnie wczoraj do przyjrzenia się mechanizmowi korekty, dotyczyła tylko mnie i nie miała nic wspólnego z moją relacją z bratem. Przypomniało mi się jednak teraz inne zdarzenie, które miało miejsce parę lat wcześniej, a które dotyczyło korekty w ramach relacji z bratem. Wtedy również uświadomiłem sobie, że korekta nie polega na rozpatrywania tego, co ktoś zrobił i próbie pokazania mu, na czym polegał błąd. Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że takie działania zawsze ostatecznie zawodziły. Owszem, czasem ktoś sobie uświadomił błąd i próbował nad nim pracować. Nie chodzi jednak o to, by pracować nad błędem, lecz by go całkowicie skorygować  i pozwolić na pełne uzdrowienie. I to TERAZ, a nie później.

Jak zatem pozwolić na pełne uzdrowienie TERAZ? Wystarczy pamiętać, że niezależnie od prezentowanej historii, błędem jest zawsze fałszywe utożsamienie z oddzieleniem. Z naciskiem na słowo: „fałszywe”. Właśnie dlatego błąd można tak łatwo naprawić. Robię to poprzez skupienie na prawdzie zamiast na błędzie. Prawdziwa i trwała korekta w relacji z drugim człowiekiem wydarza się więc wtedy, gdy decyduję się postrzegać go doskonałym, niezależnie od tego, co by nie zrobił na poziomie formy.

Nie należy tego oczywiście mylić z masochizmem wobec samego siebie i poświęcaniem własnego dobra dla kogoś innego, ponieważ w takiej sytuacji nie może być mowy o widzeniu go doskonałym. Mogę go widzieć doskonałym, gdy sam siebie widzę doskonałym. Lub inaczej mówiąc: decyduję się widzieć w nim pełnię, żebym mógł doświadczać własnej pełni. Widzenie w nim braków byłoby tylko potwierdzeniem braków we mnie samym.

Decyzja, by widzieć brata doskonałym, czyli decyzja, by widzieć w nim Chrystusa, zamiast moich osądów na jego temat, jest decyzją, by przebaczyć, czyli by przeoczyć błąd jako nieprawdziwy. Można powiedzieć, że w pewnym sensie jest postanowieniem, by przebaczyć zanim jeszcze nastąpi błąd. Używając języka nauki powiedzielibyśmy, że jest decyzją, by wyjść z czarnej dziury zanim do niej wszedłem. Jeżeli bowiem byłbym pogrążony w czarnej dziurze – w wierze w świat i w moich sposobach rozwiązywania problemów – to nigdy nie mógłbym z niej wyjść. Inaczej mówiąc: Jeśli jakikolwiek problem (na przykład błąd popełniony przeze mnie lub przez drugiego człowieka) byłby prawdziwy, to nigdy nie można by go było naprawić.

Korekta dokonywana przez Ducha Świętego jest szybsza niż prędkość światła i nie zajmuje czasu. Nie polega na identyfikacji błędu, a następnie próbie zaradzeniu mu, lecz na skupieniu umysłu na tym, co prawdziwe. Nie chodzi tu bynajmniej bagatalizowanie błędu i koncepcyjne twierdzenie, że nie jest prawdziwy. Potrzebne jest faktyczne doświadczenie tego, że tylko prawda jest prawdziwa i nic innego nie  jest prawdziwe. Gdy umysł znajduje się w tym doświadczeniu, wtedy błąd można uznać za naprawiony.

Jak tego dokonać w codziennej praktyce? Wystarczy skoncentrować swoją uwagę na pojedynczym celu: Gdy tylko pamiętam, by już na starcie skupić się na Bogu, to nawet jeśli wydarzy się coś, co pozornie przeczy Bogu, w moim umyśle nie może pojawić się konflikt, ponieważ już z góry przebaczyłem. Gdy decyduję się widzieć niewinność w swoim bracie, to jego zachowanie nie może mieć wpływu na to, jak się czuję. Jeśli doświadczam konfliktu, to znaczy, że zapomniałem, iż mam do czynienia jedynie ze swoimi myślami. Przez chwilę uwierzyłem, że jest coś na zewnątrz mnie, co może mi powiedzieć, kim jestem. Nie ma jednak czegoś takiego. Jestem tylko ja. A jeśli jestem tylko ja, to już teraz mogę zdecydować, że przebaczam sobie błąd, zanim jeszcze go popełniłem. Gdy to robię, nic nie może zakłócić spokoju mojego umysłu. Nawet błąd nie jest bowiem wówczas błędem, a konflikt nie jest konfliktem. Jest tylko ideą do uzdrowienia poprzez skupienie na prawdzie.

3 Replies to “Korekta szybsza niż prędkość światła”

  1. Panie Rafale, mam pytanie odnośnie:
    „Uświadomiłem sobie, że nigdy nie nauczyłem się niczego na przeszłych błędach. Gdybym się nauczył, to bym ich nie powielał”:
    czy tzw. „błędy” nie są jedynym sposobem naszego (na)uczenia się?
    Jeśli nie za pierwszym razem, to np. za czterdziestym czwartym (oczywiście BEZ poczucia winy, bo ono niczemu konstruktywnemu nie służy)…

    • Uczenie się na błędach można by bazwać uczeniem się „negatywnym”, które jest dużo powolniejsze niż uczenie się „pozytywne” polegające po prostu na skupieniu się na prawdzie i całkowitym przeoczeniu błędu. Przeoczony/przebaczony błąd znika w świetle prawdy, a więc nie może się już powtórzyć. 🙂

  2. Rafale dziękuje za tak szczegółowe podzielenie się swoim doświadczeniem w dokonywaniu korekty błędu we własnym umyśle. Jest mi to bardzo, bardzo pomocne 🙂
    Czytając ten artykuł, szczególnie od momentu w którym opisałeś jak to wygląda w relacji z bratem, ciągle przypominała mi się interpretacja Jezusa w K.C. swojego ukrzyżowania (Rozdział 6. I.) i Jego mistrzostwo natychmiastowej korekty tego co dla „oddzielonych” wydawałoby się okropnym atakiem, a czego Jezus za coś takiego w ogóle nie uznał, widząc w ukrzyżowaniu tylko skrajną lekcję przebaczenia.
    Wow cóż za inspiracja we własnej czujności!
    Jestem ogromnie Wdzięczny!!!
    „Ucz jedynie miłości ponieważ nią jesteś” – Amen