Jim Carrey o iluzji świata i ego

Jim Carrey o iluzjiOto wywiad, jakiego udzielił Jim Carrey podczas Festiwalu Mody w Nowym Jorku w wrześniu 2017 r.:

Jim: Całe to wydarzenie jest kompletnie bez znaczenia. Chciałem udać się do najbardziej nic nieznaczącego miejsca, jakie mógłbym znaleźć, i oto jestem! No, musisz przyznać, że to wszystko jest całkowicie bez znaczenia!
Dziennikarka: Chodzi nam przecież o uczczenie ikon mody.
Jim: Boziu, czczenie ikon to po prostu najmizerniejszy cel i pomysł, na który można wpaść.
Dziennikarka: Wierzysz w ikony?
Jim: Nie wierzę w osobowości. Nie wierzę, że ty istniejesz, choć w powietrzu unosi się cudowny zapach.
Dziennikarka: Ale wierzysz, że ikony mogą inspirować innych? Sam jesteś jedną z nich…
Jim: Nie wierzę w ikony. Nie wierzę w osobowości. Wierzę, że doświadczenie pokoju jest ponad osobowością. Ponad pomysłowym przebraniem. Poza czerwonym znakiem „S”, który nosisz na piersi i od którego odbijają się kule. Wierzę, że istnieje coś więcej niż to. Wierzę, że jesteśmy polem energii, tańczącej dla samej siebie. I nie obchodzi mnie nic.
Dziennikarka: Ale ubrałeś się specjalnie na tę okazję!
Jim: Nie, nie ubrałem się specjalnie na tę okazję.
Dziennikarka: W takim razie kto się ubrał?
Jim: Nie ma żadnego mnie. Wszystko się po prostu dzieje. Oto, w czym rzecz: To nie jest nasz świat. My nic nie znaczymy. I to dobra wiadomość.

A oto fragmenty wywiadu z Jimem podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Toronto, gdzie wyjaśnia, o co mu chodziło podczas nowojorskiego wywiadu:

[O wcieleniu się w postać Andy’ego Kaufmana w filmie „Człowiek z księżyca”]:
Chodziło tam o tak głębokie zanurzenie się w granej postaci, a właściwie paru postaciach, że uświadomiłem sobie, że i ja sam – Jim Carrey – byłem taką postacią, czymś, co w każdej chwili mogę od siebie odsunąć, jeśli zechcę… No i gdy już raz to zobaczysz, pytasz się: „Kim jestem?”.

Jesteśmy zbiorem idei powiązanych ze sobą w taki sposób, że wyglądają jak jedna forma. Mamy więc ciało oraz umysł, ale ciało to jest częścią pola świadomości, które samo dla siebie odstawia taniec, i nie różni się tak naprawdę niczym od krzesła, czy telefonu – wszystko to jest jednym. Ponieważ jesteśmy istotami czującymi, posiadamy świadomość i musimy jakoś ogarniać to wszystko, co wytwarzamy, tworząc wokół tego jakby zbudowaną z idei twierdzę. Dlatego też mówimy: „Oto moje nazwisko, a to są wszystkie rzeczy, które mnie definiują”. W tym leży błąd.

Jedyny sposób, by do tego dojść, to pozwolić sobie zanurzyć się w rzece łez i smutków, tworzących nasze życie. Wszyscy unikają tego, używając różnych rzeczy – od narkotyków, przez seks, gadżety i cokolwiek innego, co jest w stanie cię rozproszyć. Wszystko to zostało wymyślone po to, byś nigdy się nie zatrzymał, byś ciągle biegał i byś, broń Boże, nie poczuł tej otchłani. Byleś nie dał sobie poczuć, że jesteś opuszczony i cierpisz z powodu bólu. A ja na to pozwoliłem, przeszedłem przez to. Jestem pewien, że pojawią się znowu podobne doświadczenia, ale wiem już, że nie muszę się tego bać, ponieważ mogę sobie pozwolić całkowicie się w to zapaść. I nie trzeba się tego bać. Nie trzeba bać się śmierci.

Nie ma już w moim życiu ani śladu depresji. Nie zażywam leków, nie stosuję suplementów, nic z tego. Spożywam parę kapsułek z tranem dziennie, a reszta to tylko dobra dieta, trochę ćwiczeń i rozpoznanie, że ja nie istnieję.

[o kurtce Toma Forda:]

Wcale nie musisz wierzyć, że odgrywana przez ciebie postać istnieje – to pieprzony awatar w grze na necie! Dziś zdobyłem kilka bonusowych punktów i w nagrodę dostałem świetną kurtkę, w którą mogę ubrać mojego awatara. Mam też naprawdę super broń! Świetna broń w tej samej grze internetowej.

A oto fragment innej wypowiedzi Jima udzielonej podczas wywiadu dla magazynu internetowego THE WRAP:

Jako aktor odgrywasz rolę i jeśli wejdziesz w nią wystarczająco głęboko, uświadomisz sobie, że twoja własna postać jest właściwie całkiem cienkim tworem. Nagle doświadczasz więc tego oddzielenia od siebie samego i pytasz: „Kim jest Jim Carrey? Ach, on tak naprawdę nie istnieje!”. To tylko względne przejawienie świadomości, której ktoś nadał imię, religię i narodowość. Wszystko to poskładałeś do kupy, robiąc z tego coś, co miało stać się osobowością, ale co tak naprawdę nie istnieje. Jeśli podrążysz temat, zobaczysz, że nic z tego nie jest prawdziwe.

Myślę, że zostałem sławny po to, bym mógł puścić tę sławę, i to nadal się dzieje, ale już nie ze mną. Nie jestem już dłużej częścią tego. Tak więc dzieje się ubieranie, układanie włosów, przydarzają się wywiady, ale to wszystko dzieje się beze mnie, bez idei „ja”. Rozumiesz? To taki mały znaczeniowy przeskok, który wcale nie jest wielki, choć od miejsca, w którym obecnie tkwi większość ludzi, dzieli go cały wszechświat.

Nie jestem żadną ciągłością. Mnie nie ma. Jest tylko to, co się przydarza, i to nie jest osobowe. Rzeczy się przydarzają i będą się przydarzać dalej niezależnie od tego, czy będę się do tego przywiązywał jako ego, czy też nie. Mam przyzwyczajenia, które towarzyszą mi przez całe życie. Nadal jest tu energia, która łaknie podziwu, chce być uznana za mądrą. Nadal jest tu również energia, która pragnie uwalniać ludzi od zmartwień, teraz jednak idzie to jeszcze dalej… Chcę zrozumieć, czym to jest dla ludzi, by i oni mogli doświadczyć przebłysku tej otchłani. Brzmi to przerażająco, ale wcale takie nie jest. Wszystko nadal się dzieje.

3 Replies to “Jim Carrey o iluzji świata i ego”