Jeden problem – jedno rozwiązanie

Mam tylko jeden problem: oddzielenie od Boga.

Przestaje on być problemem, gdy to widzę. Ale o tym za chwilę…

Problem wydaje się prawdziwy (czyli staje się problemem w moim doświadczeniu), gdy nie widzę, że mam tylko jeden problem. A nie widzę tego wtedy, gdy daję się nabrać na konkretne formy problemu. Za każdym razem, gdy myślę, że problem ma jakąś formę (np. że dotyczy planów na jutro, pieniędzy, mieszkania, ubrania, pożywienia, zdrowia, gniewu na innych ludzi, dokonywania wyborów, itd.), to próbuję oczywiście znaleźć konkretne rozwiązanie. Niestety nie mogę znaleźć konkretnego rozwiązania, bo problem nie jest konkretny. Może czasem udaje mi się tymczasowo zaradzić sytuacji, ale w ten sposób tylko łudzę się, że rozwiązałem problem. W rzeczywistości tylko go przemieściłem. Choroba unicestwiona w jednym punkcie ciała, za chwilę pojawia się w innym, konflikt zażegnany w stosunku do jednej osoby, niedługo potem wyłania się w innym miejscu w stosunku do kogoś innego, pieniądze zdobyte tu, zostają wydane tam, i znów trzeba je zdobywać. I tak bez końca. Problemy wydają się być jak studnia bez dna.

Czy to mi daje do myślenia? Ależ skąd! Dalej brnę sobie w złudzenie, że jestem w stanie rozwiązać swoje problemy. Tym jest cała kondycja ludzka – złudzeniem, że problemy da się rozwiązać. A dopóki wierzę, że mogę je rozwiązać, to je rozwiązuję. Wszelka próba rozwiązania problemu zawsze zakłada, że nie ma Boga, lub że ja wiem lepiej od Boga. Takie myślenie jest oczywiście absurdalne i karkołomne, co nie przeczy temu, że jestem do niego bardzo przywiązany. W końcu na tym opiera się moja egzystencja w oddzieleniu.

W pewnym momencie przychodzi jednak moment olśnienia: „Przecież kręcę się w kółko. Niczego nigdy nie rozwiązałem”. W tym momencie najmądrzejszym rozwiązaniem wydaje się kapitulacja (czyli koniec rozwiązywania problemu). Gdy przestaję rozwiązywać swój problem w konkretny sposób, wtedy okazuje się – ku mojemu zdziwieniu – że problem już został rozwiązany. Bóg już dał odpowiedź na mój problem. Szepnął mi do ucha, lub może raczej do serca: „Synu, kocham cię. Jesteś taki, jak  Ja, a zatem nie masz problemu”.

Przyjęcie Boga jako rozwiązania natychmiast anuluje wszystkie moje pozorne problemy. Doświadczyłem tego wielokrotnie, gdy tylko się do Niego zwracałem. Oczywiście nie chodzi o zwracanie się do Boga po to, by spełnił moje warunki – by polepszył moją sytuację w świecie oddzielenia, bo to byłoby dalszym urzeczywistnianiem problemu. Rozwiązanie jest dużo prostsze: Bóg nie rozwiązuje mojego problemu, lecz go zastępuje. Rzeczywistość zastępuje złudzenie.

Jak można tego faktycznie doświadczyć w ciągu dnia? Po prostu przypominając sobie, że jest tylko jeden problem. Gdy zacząłem to testować na sobie, zdumiałem się zadziwiającą prostotą rozwiązania. Za każdym razem, gdy kusiło mnie, by myśleć, że problem ma jakąś konkretną formę (np.uczucia spowodowanego czyimś zachowaniem, czy porównywaniem się z innymi, czy diagnozą stawianą własnemu ciału), przypominałem sobie, że mam jeden problem – oddzielenie od Boga. Mając pełną świadomość, że sam nie rozwiążę tego problemu, prosiłem o doświadczeniem Boga. Doświadczenie przychodziło natychmiast, zastępując moje złudzenie problemu. Wystarczyło tylko pamiętać, że mam jeden problem i nie próbować go rozwiązać.

Nie mam już trudności z nierozwiązywaniem problemu, gdyż pamiętam dobrze, że czegokolwiek sam się dotknałem, ostatecznie zawsze to spieprzyłem. A więc mogę sobie pozwolić spieprzyć to już w tej chwili, ponieść całkowitę klęskę, zawieźć kompletnie. To najwspanialsza i najradośniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem.

Teraz Bóg może działać. We mnie i przeze mnie.

7 Replies to “Jeden problem – jedno rozwiązanie”

  1. Na początek chcę byc praktyczny. Kurs o tym troche mowi. Nie mozesz nie miec ale mozesz wiedziec ze nie masz, to z kursu.
    Same zaprzeczenia.Trzeba to rozprostowac.
    Ja sie bralem do Kursu nie dla tego ze byl duchowy w 2007 roku.
    Zacząłem czytac aby wiecej zarobic
    I sciana bo zarabianie to jedno a duchowosc to inne.
    Rafal …ja nie chce byc milionerem bo to nic dla mnie nie znaczy. Ja tylko chce na poczatek moc sobie poradzic w zyciu , ALE niech ten DUCH zadziala i mi powie co robic.
    Chętnie sie podziele swoimi spostrzezeniami a takze doswiwiadczeniami.
    pozdrawiam Andrzey.
    ps.sorki za brak polskich literek, ja siedze w
    necie od zawsze i kiedys na poczatku tak bylo 🙂

    • Dziekuję za Twojego posta. Podejmujesz temat, z którym zmaga się wielu studentów Kursu, próbując pogodzić swoją egzystencję w czasie i przestrzeni z przesłaniem Kursu. Mogę Ci odpowiedzieć jedynie, odnosząc się do swojego doświadczenia.

      Rzeczywiście po „owocach ich poznacie”. A więc nie chodzi o to, żeby rzucać ogólniki i koncepcje kursowe, ale żeby nimi faktycznie żyć (nie tylko w słowach, ale w myślach i czynach), czyli po prostu, żeby być autentycznym. Nauczyciel Kursu musi być tym, czego naucza, w przeciwnym razie wcale nie naucza Kursu, tylko „mówi na temat”. Nauczanie jest dawaniem świadectwa w codziennym życiu, że Kurs działa.

      Co to znaczy jednak, że Kurs działa? Czym są te „owoce”? Dla mnie owocem mojej transformacji poprzez Kurs nie są ograniczone rezultaty w materii, tylko to, jak się czuję. Prawdziwym owocem jest doświadczenie, kim naprawdę jestem. W praktyce oznacza to doświadczenie autentycznego pokoju i szczęścia, których nic nie może naruszyć (niezależenie od mojej sytuacji egzystencjalnej). Dopiero to doświadczenie pozwoliło mi zupełnie inaczej spojrzeć na wszystko i wszystkich. Dzięki temu doświadczeniu moje postrzeganie całkowicie się zmieniło. Chodzę po świecie, ale wiem, że to, na co patrzę jest złudzeniem. Oczy mojego ciała wciąż widzą oddzielone formy, ale nie wpływają one na to, jak się czuję. Dla mnie to wszystko są bardzo praktyczne owoce transformacji poprzez trening umysłu Kursu Cudów: zamiast odczuwać gniew i żywić urazy, doświadczam pokoju płynącego z przebaczenia; zamiast smucić się i cierpieć, odczuwam radość; zamiast trzymać się swoich przekonań, puszczam je i czuję się wolny.

      Czy ma to przełożenie na moją codzienną egzystencję? Owszem. Ale to jest tylko produkt uboczny mojej przemiany. Uśmiecham się częściej, moje związki się uzdrawiają, nie odczuwam braku, itp… Celem Kursu nie jest jednak pokazywanie, jak mieć lepsze związki, jak zarobić więcej pieniędzy i generalnie, jak sobie lepiej radzić we śnie (choć jest wiele ludzi podających się za nauczycieli Kursu, którzy w ten sposób go używają). Celem Kursu jest doświadczenie pokoju przekraczającego ludzkie rozumienie. Ja nie znajduję w Kursie dwóch warstw. Kurs mówi wprost i bez ogródek: „prawda jest prawdziwa i nic innego nie jest prawdziwe” oraz że „nie ma żadnego świata”. Nie znajduję w Kursie ani jednego miejsca, w którym by mówił, jak mieć lepszą egzystencję w świecie oddzielenia. Znajduję natomiast w każdym zdaniu informację, jak przebudzić się ze snu o egzystencji w świecie oddzielenia.

      Czy to jest mówieniem o Niebie? Może i tak. Ale dla mnie Niebo nie jest czymś oddalonym. Ono jest bardzo realne. Dużo bardziej realne od świata oddzielenia. Jezus mówi wyraźnie w Kursie, że nie można widzieć dwóch światów i że „Niebo jest decyzją, którą muszę podjąć”. I podjąwszy tę decyzję, odkryłem, że duchowa rzeczywistość jest jedyną rzeczywistością. Nie ma żadnej innej. I odczuwam to nawet tutaj – nawet w tym świecie – poprzez bardzo żywą duchową, emocjonalną i komórkową – słowem wszechogarniającą – przemianę mojego umysłu.

      Czy to, co mówię, będzie miało sens dla tożsamości, która skupia się na egzystowaniu w oddzieleniu, a duchowość traktuje co najwyżej jako narzędzie poprawiające odrobinę tę egzystencję? Najprawdopodobniej nie. Dlatego doświadczenie tego, o czym mówi Kurs, jest wymagane. Bez doświadczenia Kurs jest tylko zbiorem niezrozumiałych słów. A doświadczenie przychodzi zazwyczaj wtedy, kiedy jednostka ma naprawdę dość konfliktu własnego umysłu i własnych sposobów jego rozwiązywania, i po prostu się poddaje. Wtedy Duch Święty zaczyna działać.

      I wtedy wszystko się zmienia. Nie tylko to, jak myślisz i postrzegasz, ale również to, co robisz, jak się zachowujesz, z kim się spotykasz i generalnie jak funkcjonujesz. Dopiero, gdy działasz z Duchem Świętym, zaczynasz prawidłowo funkcjonować. Odkrywasz, że wcześniej nie funkcjonowałeś wcale! Wcześniej egzystowałeś. Czyli walczyłeś o przetrwanie w świecie lęku i poczucia winy. A to z pewnością nie można nazwać życiem ani prawidłowym funkcjonowaniem.

      No to jak z tą lepszą egzystencją? Choć Jezus nie mówi ani słowa w Kursie o lepszej egzystencji, to, owszem, wspomina o czymś takim jak szczęśliwy sen, czy też rzeczywisty świat, w którym jesteś szczęśliwy, w pokoju ze wszystkim i wszystkim. Szczęśliwy sen to jednak nie cel sam w sobie, tylko produkt uboczny całkowitego oddania się Bogu, jednemu celowi. Nie możesz być naprawdę szczęśliwy, jeśli chcesz służyć Bogu i mamonie (=oddzieleniu). Zarówno w Kazaniu na Górze i w Kursie Cudów (polecam rozdział 13, VII) Jezus mówi, że jeśli szukasz wpierw Królestwa (=Boga=swojej rzeczywistości), to wszystko, czego ci potrzeba do chwilowej egzystencji tutaj, będzie ci dane przez Ducha Świętego. To cała duchowa tajemnica, którą z radością Ci wyjawiam 🙂 Takie jest przynajmniej moje doświadczenie. Ja nie zabiegam o rzeczy w tym świecie. Mam jeden cel. Jest nim Bóg. Polegam na Nim całkowicie. I wszystko, czego potrzebuję w codziennym „życiu” przychodzi do mnie bez mojego wysiłku. Nie proszę o pieniądze, o dom, o pracę, ale te rzeczy same się pojawiają, jeśli są potrzebne, i w momencie, w którym są potrzebne, właśnie dlatego, że oddałem swoje życie Bogu. Jeśli jednak sam zabiegałbym o swoją egzystencję, mając „tylko chwilkę na myślenie o tym, co mówi Kurs i jego Przewodnik”, to byłbym w ogromnym konflikcie. To już lepiej byłoby odpuścić sobie Kurs i zająć się egzystowaniem.

      Proszenie Ducha Świętego o browar, o kasę, czy o cokolwiek, co w moim odczuciu uczyniłoby mnie szczęśliwszym byłoby niczym więcej, jak próbą sprowadzenie prawdy do złudzenia, czyli uczynienia z Boga mojego chłopca na posyłki. Bóg jednak na szczęście tak nie działa. Na całe szczęście nic nie wie o moich próbach oddzielenia się od Jego Miłości.

      Oczywiście mógłbym używać mocy swojego umysłu, by poprawiać swoją egzystencję w świecie, by prosić o lepszy samochód, pieniądze, pracę, czy zdrowie. Nie byłoby to jednak używaniem Ducha Świętego, lecz magią, czyli egotyczną próbą uczynienia złudzeń prawdziwymi. W taką grę właśnie bawiłem się, zanim poznałem Kurs. W pewnym momencie jednak zobaczyłem, że owszem, mogę otrzymać to, czego chcę w oddzieleniu, ale rezultat zawsze jest ograniczony, a jeśli jest ograniczony, to tak naprawdę nigdy nie może uczynić mnie w pełni szczęśliwym. A co najważniejsze, nie może wyzwolić mnie całkowicie od oddzielenia i śmierci. Poprosiłem więc o coś więcej. I wtedy pojawił się Kurs. I zmienił całkowicie moje życie. I nieustannie zmienia, ponieważ ja schodzę z drogi i pozwalam Jemu, żebym mnie prowadził.

      Ale się rozpisałem… A właściwie można byłoby napisać jedynie to: proś tylko o prawdę = o doświadczenie Boga = o poznanie tego, kim jesteś. A wtedy poczujesz, że Duch Święty działa i mówi ci, co robić. Nie proś Go, by mówił do ciebie na twoich warunkach (=by mówił ci, jak sobie radzić w oddzieleniu), czyli nie sprowadzaj Go do swoich złudzeń. Przynieś Mu swoje złudzenia, a On zatroszczy się o resztę. Nie tylko pokaże ci prawdę, ale i da ci wszystko, czego potrzebujesz do funkcjonowania w tym świecie. On bowiem zna twoje potrzeby lepiej niż ty sam. 🙂 Jedyne, co jest od Ciebie wymagane, to skupienie na jednym celu. Nie rozszczepiaj swojego celu między ego (oddzielenie), a Boga, bo jeśli to zrobisz, będziesz czuł konflikt i niczego nie zyskasz. Jeśli natomiast skupisz się na Bogu, zyskasz wszystko, a stracisz jedynie swoje złudzenia. Pozdrawiam Cię serdecznie…
      Rafał

  2. Czy mógłbyś podać praktyczne sytuacje (które jak napisałeś wcześniej sam tylko psułeś) w jaki sposób się to wydarzało, co myślałeś ? Jak używałeś powyższej idei do rozwiązywania szczególnych problemów w życiu ?
    Ja na razie umiem częściej coś popsuć niż naprawić , a są też problemy , których od dawna sam nie umiem rozwiązać. Dlatego zdaje sobie sprawę , że moje sposoby myślenia działają rzadko i są nieskuteczne. Stąd moje pytanie.
    Pozdrawiam.

    • Sytuacje, które psułem, to wszystkie te sytuacje, które chciałem w jakiś sposób sam kontrolować (na przykład chciałem pomóc innym w czymś, bo myślałem, że bez mojej pomocy się nie obejdą, albo wykonywałem jakąś pracę, mimo że nie czułem całkowitej inspiracji i pasji, albo próbowałem coś na siłę wymusić bądź przyspieszyć). Myślałem, że ja wiem, jakie rozwiązanie jest najlepsze i dążyłem do jego osiągnięcia. Było to dość męczące i nawet jeśli osiągnąłem jakiś konkretny rezultat, to później okazywało się, że albo można było daną rzecz zrobić dużo prościej, albo wcale nie trzeba było jej robić. Ponadto dążąc do upragnionego rezultatu swoimi sposobami, wcale nie byłem szczęśliwy, czułem, że się zmagam. Kurs Cudów dąży do skrócenia czasu, a ja miałem wrażenie, że go przedłużam poprzez poleganie na sobie. Zobaczyłem, że kręcę się w kółko wokół swojego ogona – swojej historii i nigdy niczego tak naprawdę nie rozwiązuję.

      Idea jednego problemu-jednego rozwiązania pomogła mi dlatego, że pozwoliła mi wyjść poza moją osobistą historię, poza ciasny schemat myślenia ego. Gdy pojawiał się problem, przypominałem sobie, że PROBLEMU NIE DA SIĘ ROZWIĄZAĆ, GDYŻ PROBLEM NIE JEST PRAWDZIWY. Oczywiście nie pomogła mi sama koncepcja tego, potrzebowałem też doświadczenia. A więc po prostu zatrzymywałem się i uświadamiałem sobie, że dana sytuacja odzwierciedla mój jeden nałóg – nałóg bycia odrębną tożsamością. Wiedziałem, że sam nie wydobędę się z tego nałogu. PROSIŁEM WIĘC O POMOC Siłę Wyższą ode mnie.

      Nie prosiłem o pomoc w rozwiązaniu konkretnego problemu, bo to byłoby jedynie moją próbą sprowadzenia Boga – prawdy – do moich złudzeń. Prosiłem o całkowite rozwiązanie mojego jedynego problemu, jakim jest oddzielenie. I wtedy zaczęło pojawiać się doświadczenie, że problem nie jest prawdziwy, że w istocie nie jestem tą odrębną tożsamością i że nie ma czego rozwiązywać. Gdy w ten sposób odpuszczałem – wznosząc się wraz z Duchem Świętym ponad „pole bitwy”, nawet kokretna sytuacja zwykle sama się rozwiązywała w sposób cudowny, zupełnie ode mnie niezależny. Wszystko okazywało się dużo łatwiejsze bez mojej pomocy. 🙂

      Uświadomiłem sobie, że tylko moje skupienie na historii powoduje cierpienie, pozór trwania problemu. Wystarczy na chwilę się zatrzymać i zobaczyć, że historia jest bez znaczenia, gdyż „ja” – jej uczestnik – jestem bez znaczenia. Tylko Miłość Boga ma znaczenie. Problem i małe „ja” – jego pomysłodawca – okazali się całkowicie nieprawdziwi.

      • Dziękuję za podzielenie się Twoim doświadczeniem ze mną i wszystkimi którzy mogą to przeczytać.
        Ja powiem tak : ide i prosze ducha św. daj mi piwo bo nie mam kasy, a On poczekaj chwile i zaraz dostaniesz. Jak myslisz ile czekalem … raptem 2 minuty i podchodzi gość i mowi : walniesz browara? na co ja: jasne.
        milo sporzytkowalismy wyroby browarnicze 🙂
        tylko o co mi chodzi czego nauczyciele czy ludzie zwiazani z Kursem nie mowia. Ty Rafale naprawde tlumaczysz mi wiele o Kursie , a wiedz ze kupilem pierwsze wydani pod koniec 2007r i przeczytałem wiele razy.Nawet moźe zrujnowałem sobie życie osobiste ze dwa razy lecz Kurs byl zawsze ze mną.
        ja sięgnałem do niego bo myslalem ze rozwiaże moje egzystencjalne problemy.
        Dzis widze dwie warstwy Kursu. Jedna mowi ze mozesz miec lepsza–
        egzystencje , czego ja zawsze szukalem, a druga mowi o duchowości i wejściu do nieba.
        Tylko powiedz mi jak Ci ludzie maja isc do nieba ja sobie w tym swiecie nie radza ? Ja sobie to samo pytanie zadawalem.
        Wiem ze w Niebie z Bogiem nic nie ma do roboty oprocz istnienia 🙂
        Ale tutaj, poki co siakos trzeba sie ogarniac i zyc z dnia na dzien . Czasem mozna miec chwilke na myslenie co mowi Kurs i jego Przewodnik. Mnie dziwi ze Ludzie ktorzy duzo zrozumieli z Kursu nie mowia jak jest na tym ziemskim padole. Gadaja jak jest fajnie w Niebie.
        Oni maja to gdzies.To naucznie kosciolow i religi. Mysl o mnie co chcesz ale mowie jak jest !!
        Pierwsza warstwa to jak nauczyc ludzi zeby sobie radzili z dniem kazdym po kolei. praca dom obiad rodzina i juz.Jak tego brakuje, bezrobotni i brak kasy na rodzine to juz problem.
        A przeciez w Kursie jest wiele podrozdzialow ktore mowia nie o duchowsci i pojsciu do nieba ale o zyciu w tym swiecie. czermu nikt tego nie opisuje ? Wiesz Rafal ze doswiadczenie jest najważniejsze. Bo wtedy Wiesz. Napisz jak i to dokladnie ja nie mowie o zdobywaniu milonow bo jak mowia taoisci wszystko jest tym samym , ale na dobry poczatek aby ludzia cos powiedziec zeby normalnie egzystowac. W zadnym wypadku nie moze to byc kosciol, raczej kilku ludzi ktorzy mowia co pomoze w zyciu innym ludzia.
        Zauwazylem ze ludzie Kursu jak Master czy Kenet Wapnik to duzo mowia o duchowosci. To Ci powiem krotko…gadaja o czyms czego nie ma , cale zycie i jeszcze troche siana zarobili. Czy to nie przypomina ci kosciola katolickiego i innych sekt ??
        wiem ze to jest znakomity material do studiowania , ALE … dajmy ludzia wiedze a nie zarabiajmy na tym kasy.
        Wiec jak ? Kenett Wapnik zmarl jako cialo, czlowiek ktory dlugo i namietnie studiowal Kurs.Papiez zmarl.Budda zmarl.Kto zmarl to albo nie wiedzial co glosi albo tego nie zrozumial. Koniec
        mnie drazni to ze ludzie nie mowia jak jest tylko ogolnikami zasuwaja. Skoro na kogos splynal duch sw. to niech sie podzieli tymi informacjami.
        Tak mi wpadlo do glowy , ze moze ci ktorzy z Kursu cos kumaja to nie chca powiedziec innym ? bo inni beda lepsi ? czyli ego gora 🙂
        Jak ktos czegos nie kuma to nie powie bo nie kuma 🙂 ale bedzie udawal guru lub papieza. Pamietasz z Kursu…poznacie ich po ich owocach a oni poznaja siebie.z pamieci jak co to pisze. To jakie owoce ? Pokaz Ty albo ja.Jaki jest dowod doswiadczenia jak nie przekracznie granic? Przeciez w niebie nie ma granic wiec czlowiek rozumiejacy moze w tym swiecie przekroczyc wszelkie granice. jak ktos mysli inaczej to go nie slucham.
        Dziekuje Ci Rafale za odpowiedz i mysle ze moj post da Ci rowniez do myslenia. Nie zawarlem w nim innych mysli jednak moge sie na ten temat rowniez wypowiedziec. I to ogolnie , bo im wiecej ludzi poczyta to wiecej sie dowie.
        Pozdrawiam i licze ..a tam pewnie bedziemy wymieniac swoje mysli.
        Dzieki MaN.