Gdy lęk przestaje być opcją

Najpierw było: „Dość. Tak nie może być. Musi istnieć lepsza droga”. A potem przyszła pomoc.

Najpierw musiałem mieć dość utożsamienia z lękiem, bym mógł poprosić o coś więcej. Dopóki zadowalała mnie oparta na lęku sytuacja, w której sam się postawiłem, nie mogłem odkryć znaczenia miłości. Nie mogłem rozpoznać, kim jestem.

A więc „Pomocy!” – zawołałem w duszy. Zobaczyłem bowiem, że sam nie mogę rozwiązać problemu, ponieważ wszystkie moje rozwiązania kręcą się wokół podtrzymywania odrębnej tożsamości. Gdy uświadomiłem sobie, że moje utożsamienie z odrębną tożsamością w ciele jest tym samym, co lęk, wówczas zrozumiałem, że wszystkie moje ludzkie rozwiązania są tylko formą odurzania się, żeby nie widzieć lęku, którym jest ludzka tożsamość.

Ale ile można ukrywać lęk? Przychodzi moment, w którym widzę że to, co robię, nie działa, i jakiekolwiek inne sposoby radzenia sobie z problemem również nie zadziałają. Jedyną droga wyjścia jest poddanie się. Gdy więc widzę, że „ja” (=lęk) już nie działam, poddaje się. Gdy nie mam już żadnych opcji – żadnych własnych rozwiązań – jestem gotowy, by się poddać. Jestem gotowy, by rozpoznać, kim naprawdę jestem.

Doświadczenie, które wówczas przychodzi, jest zaskakujące. Okazuje się, że nie jestem niczym z tego, czym myślałem, że jestem. Nie jestem ani odrębna tożsamością (=ego), ani ciałem, ani historią, ani myślami, ani światem. Gdy na chwilę staje się bezimienny, gdy na chwilę puszczam swoje utożsamienie z myślami, przychodzi niewysłowiona ulga i radość. Miłość, poczucie jedności i wolności, których wówczas doświadczam, nie da się opisać słowami. Przypominam sobie, kim jestem. Jestem miłością. I nie ma niczego innego.

Od tego doświadczenia zawsze dzieliła i dzieli mnie tylko jedna myśl – myśl o oddzieleniu. Nieprawdziwa myśl, z którą bardzo mocno się utożsamiłem, ale która jest bardzo łatwo korygowana, gdy już nie znajduję żadnych opcji w swoim umyśle – żadnych form oddzielenia, w których próbowałbym odnaleźć szczęście. Widzę bowiem, że każda forma oddzielenia będzie tym samym oddzieleniem – tym samym piekłem i lękiem. Oddzielenie jest jedno. Korekta też jest jedna. Jest nią Miłość.

Miłość zawsze znajdowała się w tym samym punkcie, co lęk. Rozwiązanie było zawsze w tym samym miejscu, co problem. Nie widziałem tego, gdy chciałem dalej rozdwajać swój umysł, czyli poszukiwać innych form oddzielenia. Gdy już nie poszukuję i rozpoznaję, że to „ja” w moim fałszywym utożsamieniu z lękiem byłem jedynym problemem, wówczas rozpoznaję, że „Ja” w moim prawdziwym utożsamieniu z miłością jestem jedynym rozwiązaniem.

Poddania nie można się nauczyć. Poddanie dzieje się samo, gdy nie mam już opcji. Wówczas pozostaje jedynie rzucić się w ramiona miłości, która zawsze mnie otaczała, lecz której nie widziałem, gdy utożsamiałem się z lękiem, czyli z tym, czym nie jestem. Gdy utożsamiam się z miłością, czyli z tym, czy jestem, wówczas lęk znika. Nie ma on racji bytu w miłości. Miłość nie zna lęku. Miłość zna jedynie siebie samą. A więc znam siebie. A wiedząc, kim jestem, wiem również, kim ty jesteś. Jesteś miłością, tak samo jak ja. Lęk nie istnieje, ponieważ odrębna tożsamość nie istnieje. Jest tylko miłość. Jest tylko jeden z nas.

5 Replies to “Gdy lęk przestaje być opcją”

  1. Walił mi się świat od dawna. Długo się broniłem. Opcje wygasły. Nawet myśli o samobójstwie dawno znikły jako jedna z opcji. Lęk zastąpił spokój. Czy wiara że On się mną zajmie nie jest jedną z opcji jeśli w tym próbuję „Go” zdefiniować. Może to nie jest jeszcze moje dno ale już się nie szarpię, nie walczę. Jestem wdzięczny że choć nie mój to dach nad głową jest a ja sam mogę się załatwić czy umyć. Ego nie robi planów, nie stawia warunków. Nie ma argumentów. Słońce świeci 😊 a ja jestem i będę pomimo bólu. Jestem wciąż taki sam i nie mogę być tym czym wydawało mi się że jestem. To coś ciągle się zmieniało jako suma urojeń, zbiór walczących ze sobą idei. Co sekundę dawał inny wynik w miarę zmieniajacych się danych. Przecież to nie miało nic wspólnego ze mną. Lęk też nie miał nic wspólnego ze mną. Gdzie to jest? Gdzie się podziało? Kto się ostał gdy to odchodzi? Czym lub kim jest to co zostaje? Nie wiem ale ja jestem.
    Wydaje mi się że właśnie stanąłem przed uchem igielnym. Stałem przed nim jakiś czas. Nie mogłem się ruszyć ani wprzód ani tył. Nie mogłem się już wycofać i przejść przez tą wąską bramę z bagażem iluzji o sobie samym, o świecie.
    Wszystko plany ego zawiodły a droga na której byłem skończyła się. Ona skończyła się już dawno lecz dopiero teraz choroba pomogła mi uświadomić sobie jak głupia to była idea.
    Czy to już świta po ciemnej nocy duszy?

    • Dziękuje za podzielenie się swoim doświadczeniem.
      Przechodzisz przez ucho igielne, kiedy już nie pozostało nic przed uchem igielnym. Kiedy nie tylko nie ma już bagażu iluzji, ale nie ma też niosącego bagaż. Ciemna noc duszy się kończy, gdy przychodzi rozpoznanie, że to, co się zmagało, walczyło o przetrwanie, bało się poddać, było niczym. Jest tylko Bóg.

  2. Wciąż jeszcze się bronię… to co piszesz rozwala mój system i na moment pozostaję bezbronna <3 a za chwilę powraca lęk… DZIĘKUJĘ 🙂

    • Nie szkodzi, że lęk powraca. Bo teraz nie musisz się z nim identyfikować. To, co się lęka, nie jest prawdziwe. 🙂 W tym zawiera się pokój Boży.