Od braku rozwiązania do poddania

Od braku rozwiązania do poddaniaPoddanie staje się proste, gdy pojawia się świadomość, że nic w świecie nie może dać mi szczęścia ani jakiejkolwiek formy oparcia. Dopóki myślałem, że mogę znaleźć szczęście w świecie, to go tam szukałem. Opierałem się na własnych rozwiązaniach, na ludziach, rzeczach, pieniądzach, zewnętrznej aprobacie, poczuciu misji, itp. Coś w moim świecie wciąż wydawało się działać. I chwytałem się tego po to, by za chwilę uświadomić sobie, że to jednak wcale nie działa.

W tym świecie wierzysz, że twoją podporą jest wszystko oprócz Boga. Pokładasz wiarę w najbardziej znikomych i obłąkańczych symbolach: pigułkach, pieniądzach, ubraniach „ochronnych”, wpływach, prestiżu, byciu lubianym, znajomościach z „odpowiednimi” ludźmi i w niekończącej się liście różnych form nicości, które obdarzasz magicznymi mocami. Wszystkie te rzeczy są twym zastępstwem Miłości Boga. Wszystkie te rzeczy są pielęgnowane po to, aby zapewnić utożsamienie z ciałem. (Kurs Cudów, Lekcja 50)

 

Wszystkie moje ludzkie rozwiązania nigdy nie doprowadziły mnie do rozwiązania problemu, a co najwyżej zmieniały opakowanie, w jakim problem się pojawiał. Kurs Cudów przypomniał mi, że moim jedynym problemem było poczucie oddzielenia. Nie mogłem go rozwiązać poprzez zmianę na poziomie formy. Zmiana na poziomie formy wydawała się czasem nieść chwilową ulgę, ale problem nigdy nie znikał. Choćbym uzdrowił swoje ciało, pozostawałem ciałem, które wciąż mogło się zestarzeć i umrzeć. Choćby naprawił swoje związki, to wciąż mogłem utracić tych, których kochałem. Choćbym miał zabezpieczenie materialne, to w każdej chwili mogłem je stracić. Poczucie oddzielenia nie odchodziło. Co więcej, można powiedzieć, że im lepsze znajdywałem rozwiązania dla swojego problemu na poziomie formy (lepszy związek, lepsza dieta, lepsze miejsce pobytu, lepszy kurs duchowy), tym dalej byłem od jego faktycznego rozwiązania. Poprawa formy pełniła bowiem funkcję samodurzania się. Robiłem wszystko, by nie spojrzeć do swego wnętrza – na to, co było faktycznie moim problemem. Nie chciałem puścić swojego „ja”. Zaabsorbowanie formą było sposobem na jego zachowanie.

W pewnym momencie zauważyłem, że kręcę się w kółko. Uświadomiłem sobie, że nigdy tak naprawdę niczego nie rozwiązałem. Wciąż tkwiłem w tym samym punkcie – sam ze sobą w swoim umyśle. Co z tego, że wydawałem się bardziej „uduchowiony”, skoro problem nadal wydawał się prawdziwy. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem: „Może nie ma tu żadnego rozwiązania? Może nie muszę znajdować w tym świecie sensu?” Wielu ludzi dociera do tego punktu i załamuje się, np. popadając w depresję, alkoholizm czy próbując odebrać sobie życie. Dlaczego? Ponieważ wciąż próbują oni znaleźć jakiś sens w tym, co jest całkowicie pozbawione sensu. Wciąż usiłują znaleźć rozwiązanie tam, gdzie nie ma żadnego. Człowiek w depresji nadal myśli, że jego odrębne „ja” ma jakiś sens. I właśnie dlatego ma depresję. Nawet samobójca, który zwątpił w siebie i/lub w świat, nadal wierzy w sens świata i próbuje znaleźć rozwiązanie poprzez śmierć. Ale to nie jest rozwiązanie, podobnie jak nic w tym świecie nie jest rozwiązaniem.

Nie ma żadnego wyboru w miejscu, w którym koniec każdej drogi jest pewny. Być może wolałbyś wypróbować je wszystkie zanim naprawdę nauczysz się, że są one jednakowe. Drogi, jakie ma do zaoferowania ten świat, wydają się liczne, ale musi nadejść czas, kiedy wszyscy zaczną widzieć, jak bardzo są do siebie podobne. Ludzie umierali uświadamiając sobie to, ponieważ nie dostrzegali innej drogi prócz ścieżek, jakie proponował świat. I widząc, że wiodą one donikąd, stracili nadzieję. A jednak był to moment, w którym mogli nauczyć się najwspanialszej lekcji. Wszyscy muszą osiągnąć ten punkt i wyjść poza niego. (Kurs Cudów, Rozdział 31, IV)

Ten punkt to świadomość braku rozwiązania i niemożności polegania na niczym tutaj. Ta świadomość nie doprowadziła mnie do depresji, lecz do przebudzenia. Przestałem bowiem szukać rozwiązania tam, gdzie go nie było, czyli wśród dostępnych mi opcji. I wtedy przyszło duchowe doświadczenie czegoś ponad moimi opcjami. Rozpoznałem, że mój jedyny problem – moja odrębna tożsamość – nie był prawdziwy. Nie mogłem tego dostrzec, dopóki rozwiązywałem problem, gdyż w ten sposób jedynie urzeczywistniałem go w swoim umyśle. Gdy jednak zobaczyłem, że nie mam już żadnej opcji – żadnego rozwiązania (nawet poprzez śmierć) – problem zniknął. Uświadomiłem sobie, że oddzielenie, w które do tej pory wierzyłem, było złudzeniem.

Gdy przestałem szukać oparcia w oddzieleniu, odkryłem, że Bóg był moją jedyną podporą, jedynym szczęściem i jedyną rzeczywistością. A wystarczyło tylko rozpoznać, że „ja” jako odrębna tożsamość nie działam, aby Bóg mógł zacząć działać. To nie znaczy, że wycofałem się ze świata i ludzkiej aktywności. Doświadczyłem, że nie ma żadnego świata, a więc nie było z czego się wycofywać. Nie musiałem od niczego uciekać. Świat oddzielenia, konfliktu i lęku po prostu przestał mieć sens. I zamiast niego doświadczyłem tego, co ma sens. Bóg miał sens. Miłość miała sens. Z miłością w sercu patrzyłem teraz na inny świat. Niby ten sam, a jednak zupełnie inny. Wykonywałem więc te same czynności, co wcześniej, ale w innym stanie umysłu. Być może człowiek, którego mijałem na ulicy wciąż widział świat konfliktu i oddzielenia i postrzegał mnie jako jego część. Ale to nie miało znaczenia. Ja widziałem go w świetle, jako część mojego świata pokoju i miłości. Zrozumiałem, co ma na myśli Kurs Cudów, gdy mówi, że nie można widzieć dwóch światów. Mogłem widzieć albo świat miłości, albo świat lęku. Nie mogłem widzieć dwóch naraz. Nie było też żadnego miejsca, w którym oba te światy mogły się spotkać. Jeden był całkowitym przeciwieństwem drugiego. Świat lęku był moją próbą zastąpienia miłości Boga. Gdy jednak doświadczyłem Jego miłości, rozpoznałem, że nie da się jej niczym zastąpić. Świat lęku był zatem nieprawdziwy. Tożsamość, która się bała, była nieprawdziwa. Nie musiałem z nią walczyć, ani nawet próbować jej transformować. Jeśli można mówić o jakiejkolwiek transformacji, to polega ona na usuwaniu, czy też znikaniu fałszywego ja i doświadczeniu prawdziwego Ja w jego miejsce. Do tego prowadzi trening umysłu Kursu Cudów. Poddanie się więc nie jest niczym innym, jak rozpoznaniem złudzeń i akceptacją rzeczywistości.

Temu, co rzeczywiste, nie można zagrozić.
To, co nierzeczywiste, nie istnieje.
W tym zawiera się pokój Boży.
(Kurs Cudów, Wprowadzenie)

4 Replies to “Od braku rozwiązania do poddania”

  1. „Nie można widzieć dwóch światów”. Widzę to teraz tak bardzo wyraźnie! Albo patrzę z lęku, oczami ego, gdzie jest konflikt albo z pełni, gdzie świat ego jest – bez żadnych wątpliwości – czymś zupełnie nieprawdziwym, gdzie nie ma po prostu miejsca na konflikt, gdyż jest tylko miłość. Dzięki Rafał za ten artykuł 😏.