Bóg na śniadanie (czyli czemu wszystko służy)

Czemu to służy?Za zgodą osoby, która pisała do mnie niedawno, pozwolę sobie przytoczyć fragment jej wypowiedzi i moją odpowiedź:

Nie mogę przebić muru ciała – całe życie walczyłam z wagą, cały czas problemy z akceptacją siebie, wyrzuty sumienia po WSZYSTKIM co zjem. Nie wiem jak teraz funkcjonować. Rozwiązanie pewnie przyjdzie z czasem, ale no niestety – to nie pomaga…

Lekarstwo jest zawsze jedno: skup się na Bogu – na tym, że chcesz wiedzieć, kim jesteś. Przed jedzeniem, trakcie jedzenia i po.

Pomocne może być również pytanie się siebie: „Czemu to służy?” lub: „Jaki jest cel tego, co w tej chwili robię?„. Gdy więc na przykład zaczynasz jeść, to pytaj się, czemu to służy. Może odkryjesz na przykład, że zajadasz w tej chwili jakiś problem, jakieś emocje, że próbujesz się odurzyć, by nie spojrzeć na coś.  A jeśli tak, to oddaj to Duchowi Świętemu. Nie musisz sama tego rozwiązywać.

A gdy czujesz się winna jedząc lub po jedzeniu, to również możesz zapytać, czemu to służy? I może okaże się, że twoje poczucie winy wiąże się z jakimiś przekonaniami, jakie masz na temat jedzenia, np. że „coś mi szkodzi”. Wszelkie przekonania służą ograniczaniu i podtrzymywaniu utożsamienia z ciałem. Jeśli więc przestaniesz coś jeść wyłączenie w oparciu o przekonanie, że jest to szkodliwe dla twojego ciała, to może nawet osiągniesz chwilowy rezultat  (np. schudniesz, albo wyleczysz sobie chorą wątrobę), ale nie wyzwolisz się z wiary, że jesteś ciałem. Będziesz teraz bowiem ciałem, które unika pewnych rzeczy. Zamienisz jedno przekonanie o ciele na inne przekonanie o ciele. To nie znaczy, że masz sobie udowadniać, że jesteś wolna np. od przekonań na temat cukru przez zajadanie się tonami cukru. Chodzi tylko o spojrzenie, co robisz w swoim umyśle. Bo to w umyśle leży problem, a nie w ciele. I to właśnie umysł potrzebuje uzdrowienia.

W jaką więc grę grasz w swoim umyśle? Prawdopodobnie jest to gra w winę. Pytanie pozostaje to samo: „Czemu to służy?”. Wina oczywiście służy chorobie, podtrzymywaniu lęku i wiary w oddzielenie, a więc nie służy niczemu. Służy iluzjom. A przecież nie chcesz podtrzymywać iluzji winy, prawda? Możesz więc w tej chwili zmienić zdanie i pozwolić, żeby nawet moment jedzenia był chwilą, w której pamiętasz Boga. Dlaczego miałabyś w mniejszym stopniu pamiętać Boga przy jedzeniu niż przy rannej medytacji lub/i przerabianiu lekcji z Kursu Cudów? Niech jedzenie stanie się dla ciebie tym samym, co medytacja lub robienie lekcji, bo tym jest. Spróbuj po prostu być obecna tu i teraz i oddać ten moment Bogu.  Wtedy gdy zapytasz się jeszcze raz: „czemu to służy?”, to zobaczysz, że nawet jedząc możesz służyć swojemu pojedynczemu celowi (=pamiętaniu Boga), zamiast służyć oddzieleniu. A wtedy w twoim jedzeniu nie będzie już winy. Zamiast niej pojawi się pokój.

Możesz nawet spróbować pobłogosławić to, co jesz. Nawet używając jednej lekcji z Kursu: „Moją świętość błogosławi tę… kanapkę”. I obserwuj, jak zmienia się to, co czujesz. Być może uświadomisz sobie, jak się odprężasz, gdy zamiast walczyć, łączysz się z tym, z czym do tej pory walczyłaś.

Być może zdziwisz się, jak takie oddanie jednemu celowi (Bogu) i włączenie w ten jeden cel wszystkiego, co robisz, zmieni również sposób, w jaki jesz, ile jesz i co jesz. Sama tego nie uregulujesz. Bo nawet jeśli uda ci się coś samej uregulować w jednej chwili (na przykład jeść mniej), to zrekompensujesz to sobie w innej chwili. To się nazywa „kondycja ludzka”, czyli rozwiązywanie problemu. Jeszcze nigdy w historii się to nie powiodło. 😉 A więc możesz pozwolić sobie zawieść. Nigdy nie uda ci się „zwyciężyć z wagą”. Nawet jeśli jedzenie stało się twoim nałogiem, to nie przezwyciężysz nałogu jedzenia nową formą nałogu, np. restrykcyjną dietą. Na nałóg jest tylko jedno lekarstwo: przyznanie się do swojej bezsilności (czyli niemożności poradzenia sobie z nałogiem ludzkimi środkami) i zawierzenie Bogu. Niech uzdrowienie tego, z czym się zmagasz, przyjdzie od Niego. Nie proś Go jednak o pomoc w przezwyciężeniu problemu z wagą. Bo nie to jest twoim problemem. Problemem jest trzymanie się odrębnej tożsamości, czyli wiara, że jesteś ciałem. To jest twój nałóg, który w twoim przypadku przybiera akurat taką, a nie inną formę. A więc uznaj swoją bezsilność i poproś o pomoc. Poddaj się. Poproś o uzdrowienie swojego umysłu ze swoich złudzeń. Prawda jest taka, że nie jesteś ciałem. Potrzebujesz teraz tego doświadczyć. Doświadczenie tego jest uzdrowieniem.

6 Replies to “Bóg na śniadanie (czyli czemu wszystko służy)”

  1. Świetne pokazanie istoty rzeczy Rafale. Mam takie przemyślenie, że ego-iluzja proponuje mi rozwiązanie „problemów” poprzez działanie, robienie, na zasadzie działania na objawy – taki plasterek na ranę. Ono nawołuje zawsze do działania np. zrób dietę, ogranicz to lub tamto. I gdy zaczynam „działać” przychodzi pozorna ulga, że rozwiązuję „mój problem”, że skoro działam to musi to przynieść efekt. Taka sama nakręcająca się maszynka. Sam wymyślam problem, sam go rozwiązuję
    Ostatnio w chwili bezsilności zadałem pytanie „co mam zrobić, wskaż mi drogę”. Odpowiedź, którą w sobie usłyszałem była taka „nic nie rób, zatrzymaj się, spocznij w bezruchu, poczuj siebie, swoje wnętrze, nie ma nic do zrobienia, zajrzyj w siebie i poczuj”. Zrobiłem według wskazówek, zajrzałem do wnętrza, rozgościłem się tam. Był spokój, pokój, lekkość i nie było żadnego problemu do rozwiązania, iluzja znikła. Mam takie przemyślenie, że potrzeba działania – naprawiania pochodzi od ego, które „tworzy problemy”, poprzez postrzeganie sytuacji jako problemu, więc i produkuje potrzeby rozwiązania ich. Natomiast zatrzymanie się, zanurzenie w „byciu” jest „Prawdą” Boga. Bo skoro nie ma problemu, nie ma potrzeby cokolwiek robić, nie ma nic do naprawiania, ulepszania, leczenia

    • Tak! Dziękuję za podzielenie się. 🙂
      Rzeczywiście ludzkie rozwiązywanie problemu służy jedynie podtrzymywaniu złudzenia problemu. A tym samym służy podtrzymywaniu złudzenia liniowego czasu. Bo skoro wydaję się mieć problem, a rozwiązanie jest rzekomo gdzieś w przyszłości, to mogę sobie teraz w nieskończność do niego dążyć. To zatrzymanie się, o którym mówisz i poddanie się, pokazuje mi, że rozwiązanie jest TUTAJ, w tym samym miejscu, w którym wydawał się być problem, i żaden czas mnie od niego nie dzieli. A to oznacza, że nie mam żadnego problemu. 🙂
      Take podejście nie oznacza oczywiście bierności. Jeżeli cokolwiek jest do zrobienia, to już nie pochodzi z odrębnej tożsamości, tylko z poddania i pewności co do tego, kim jestem. Wtedy to jest Bóg działający.