Miłość Boga wystarcza

Miłość Boga w zupełności mi wystarcza. Jest moją ochroną, moim  uzdrowieniem, moim wsparciem, moją rzeczywistością. Niczego więcej mi nie trzeba.

Gdy postrzegam się jako ciało, jako odrębną jednostkę w czasie i przestrzeni, wydaję się oddzielony od tej Miłości. I uważam, że muszę sobie radzić sam. Sądzę, że mam problemy, które muszę samodzielnie rozwiązać. Miłość Boga nie jest wówczas dla mnie wystarczająca. Myślę, że muszę sam zadbać o swoje utrzymanie, o zdrowie i zaspokajanie innych ludzkich potrzeb. Co za absurd!

Nie uważałem tego za absurd, gdy rozwiązywałem po ludzku swoje ludzkie problemy. Wydawało mi się to nawet całkiem rozsądne, ponieważ postrzegałem się jako oddzielonego od Miłości. Wierząc w oddzielenie od Miłości, musiałem się zachowywać tak, jakby Jej w moim życiu nie było. Jednak Ona tam zawsze była, tylko ja Jej nie widziałem.

Byłem ślepy i arogancki. Wmawiałem sobie, że nie ma Boga, który mnie kocha i daje mi absolutnie wszystko, czego potrzebuję. Utwierdzałem się w przekonaniu, że czas jest potężniejszy od wieczności, a świadomość ciała bardziej namacalna niż rzeczywistość ducha.  Nie wierzyłem w Boga, lecz w ego. Nawet jeśli dopuszczałem koncepcję Boga do swojego ograniczonego światopoglądu, to uważałem, że jestem co najwyżej wybrakowanym bublem w boskim stworzeniu, z pewnością dalekim od doskonałości. Postrzeganie własnego ciała i ciał innych ludzi wraz ze wszystkimi ich niedomaganiami i usterkami zdawało się udowadniać, że doskonałość jest niemożliwa.

A jednak jest możliwa! I jest ona całkowitym przeciwieństwem tego, o czym donoszą mi moje zmysły. Paradoksalnie doświadczenie doskonałości stało się możliwe dopiero wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że nigdy nie dojdę do doskonałości ludzkimi sposobami. Wszelkie ewolucyjne próby doskonalenia się udowadniały bowiem, że nie jestem jeszcze doskonały. A to był dopiero szczyt arogancji!

Rozpoznanie własnej arogancji było zarazem żenujące i uwalniające. Żenujące, ponieważ musiałem przyznać, że jednak Bóg miał rację, a ja myliłem się co do wszystkiego. Musiałem z pokorą stwierdzić, że żadne z moich rozwiązań tak naprawdę nigdy nie działały. Służyły one jedynie temu, żeby podtrzymywać złudzenie odrębności od Boga.

Uświadomienie sobie własnej arogancji było dla mnie również bardzo oświecającym i uwalniającym przeżyciem. Zobaczyłem bowiem absurdalność wiary w tożsamość oddzieloną od Boga. I roześmiałem się. No tak, cały czas walczyłem z wiatrakami. A Miłość Boga czekała cierpliwie, aż się zmęczę. I zmęczyłem się.

Teraz Miłość Boga może działać, ponieważ nie jestem już jej zawalidrogą.

One Reply to “Miłość Boga wystarcza”