Martwić się czy żyć?

Kto z was martwiąc się może choćby jedną chwilę dołożyć do wieku swego życia? (Mt 6, 27)

Zaabsorbowanie własnymi myślami jest zawoalowaną próbą zachowania kontroli poprzez lęk. W jakiś sposób mojemu umysłowi wydaje się, że wie lepiej od nieskończonego Stwórcy nieskończności, co jest dla niego dobre. W jakiś sposób mój umysł myśli, że przetwarzanie historii w głowie pomoże mu przetrwać. I w pewnym sensie się nie myli. Pomoże przetrwać mojemu fałszywemu wyobrażeniu o sobie jako odrębnej tożsamości. Czy jednak naprawdę chcę  przetrwać jako odrębna tożsamość? Czy też chcę pamietać, że jestem nieograniczonym twórcą w jedności z moim Źródłem? Odpowiedź na to pytanie zależy tylko ode mnie.

Myślenie nie jest mimowolne
Tworzenie historii w głowie nie jest czynnością mimowolną. Myśli nie napływają do mojej głowy wbrew mej woli i nie zmuszają mnie do ich roztrząsania. To ja w aktywny sposób decyduję w każdej chwili, na czym chcę skupić swą uwagę. Czy chcę się pogrążać w obłędzie nieświadomej kreacji, czy też chcę tworzyć w sposób świadomy, tak jak tworzy Bóg? Czy chcę tylko myśleć o życiu, tak naprawdę nie żyjąc, czy też chcę ŻYĆ?

Myślenie o życiu, o tym, co jest do zrobienia i ciągła analiza danych w głowie nie jest życiem, lecz obroną przed życiem. Jest formą podtrzymywania stresu w umyśle i ciele. Ostatecznie musi  to prowadzić do choroby. Choroba czy jakakolwiek forma emocjonalnego lub fizycznego bólu, a nawet zwykłe napięcie w ciele, nie są formą kary za nasze myślenie, a jedynie przypomnieniem, że istnieje inna droga. Można zamiast tego wybrać pokój. Można się całkowicie zdać na Źródło wszelkiego Dobra i nie martwić absolutnie o nic.

Czym jest martwienie się
Martwienie się jest przestarzałym zupełnie nie działającym systemem przekonań opartych na wierze w oddzielenie od Źródła. Jest po prostu zbędną czynnością, która pochłania energię, ale do niczego nie prowadzi. Wysysa z nas siłę życiową, nic w zamian nie zostawiając. Martwienie się to nie tylko to, co potocznie nazywamy martwieniem się. Martwienie się to całe ludzkie myślenie. Gdy bowiem w mojej głowie błakają się pozornie błahe myśli na temat przeszłości lub przeszłości, to martwię się. Nie jestem bowiem TERAZ, nie jestem OBECNY. Nie ODDYCHAM pełnią ŻYCIA. Nie jestem całkowicie ODDANY temu, żeby Źródło wszelkiej Miłości przejawiało się w pełni poprzeze mnie.

Nie ma żadnych błahych myśli. A ja jestem odpowiedzialny za to, co myślę i czuję. Jestem odpowiedzialny za cały bałagan, który wytworzyłem. Jestem odpowiedzialny za wymyślenie dziwnej myśl o lęku. Dopiero gdy biorę za tę myśl pełną odpowiedzialność i wyrażam chęć, by ją puścić, a przynajmniej by nie trzymać sie jej już tak kurczowo, może wydarzyć sie cud. Mogę się całkowicie odprężyć w Bogu.

Odprężenie w Bogu
Odprężenie w Bogu jest odpuszczeniem sobie ludzkiego myślenia opartego na braku, na zysku i stracie, na walce o przetrwanie. Jest całkowitym przebaczeniem samemu sobie idei, że coś muszę. Jest świadomością, że nie ma potrzeby, abym komuś coś udowadniał, nawet samemu sobie. Jest rozpoznaniem, że nie muszę o nic zabiegać ani niczego osiągać. Jest to całkowicie sprzeczne z myśleniem świata, które jest moim myśleniem, dopóki utożsamiam się ze światem. Gdy jednak biorę głęboki wdech i podejmuję decyzję, by się przebudzić ze swojego snu o oddzieleniu, natychmiast widzę, że te wszystkie rzeczy, które uważałem za tak ważne, wcale nie są tak ważne. Natychmiast dostrzegam, że nie określają one tego, kim jestem. One są po to, by mi służyć, a nie bym ja służył im.

Rozpoznanie,  że nie muszę czynić niczego, nie oznacza, że mam zaprzestać ludzkiej aktywności. Chodzi jedynie o to, żeby moja aktywność nie wypływała z lęku, lecz z Miłości. A to jest możliwe tylko wtedy, gdy sobie uświadamiam, że sam z siebie nie mogę uczynić niczego. Próba uczynienia czegoś z siebie samego była moją wiarą w lęk, wiarą w oddzielenie od Źródła, od Pokarmu Życia, od Miłości. Teraz jednak, gdy przypominam sobie, że nie jestem sam z siebie, że jestem z Miłości, mogę po prostu odprężyć się w Miłości, która mnie stworzyła. Mogę pozwolić Miłości, aby czyniła wszystko poprzeze mnie. Czynię to po prostu głęboko oddychając, skupiają uwagę mej świadomości na tej chwili. Ta chwila jest wszystkim, co mam. Ta chwila i moje świadome jej przeżywanie jest moim Życiem. Jest moim otwarciem się na głębię i pełnię doświadczenia tego, kim naprawdę jestem. Jestem Życiem, które przeżywa tę chwilę. Jestem Miłością, która płynie przez tę chwilę. Jestem Oddechem, który nie ma początku ani końca.

2 Replies to “Martwić się czy żyć?”

  1. „Można się całkowicie zdać na Źródło wszelkiego Dobra i nie martwić absolutnie o nic.”
    Uff… Jeśli to się stanie dla mnie prawdą, to choćby tylko dla tej jednej idei, już chcę poddawać swój umysł codziennie treningowi! :-))