Bóg czy historia?

Wstaję rano i moja myśl kieruje się ku Bogu. Niepojętemu, bezkresnemu Źródłu Miłości, które mnie otacza i przenika wszystko. Wiem, że moim jedynym rozwiązaniem dzisiaj jest całkowite poleganie na Nim.

Poleganie na Nim jest dla mnie decyzją, by nie wierzyć w swoją osobistą historię. Wiem bowiem, że w momencie, w którym wierzę w historię, czyli myślę, że jestem jednostką zamieszkującą ciało, która musi sobie radzić ze swoimi osobistymi problemami, to odcinam się od Źródla energii dającej mi życie. W tym stanie mogę jedynie doświadczać lęku. Ten stan może jedynie rodzić napięcie, konflikt i ból.

Co za absurdalny stan! Nie zawsze jednak wydawał się tak absurdalny. Przez długi czas lęk, stanowiący podstawę i treść wszystkich myśli budujących ten świat, wydawał mi się czymś normalnym, a jeżeli nawet nie do końca normalnym, to przynajmniej akceptowalnym.  Aż do momentu, gdy zobaczyłem, że nic nigdy nie rozwiązałem poprzez lęk, a tylko tonąłem coraz bardziej w konflikcie. Przyszedł czas, żeby powiedzieć: „dość!”. Podjąłem decyzję, że nie będę dłużej opierał swego istnienia na lęku. Oczywiście nie wiedziałem, jak tego nie robić, ponieważ lęk był wszystkim, co znałem. Na chwilę więc zakwestionowałem to, zadając sobie lub może Wszechświatowi pytanie: Czy to ma być wszystko? Czy życie naprawdę opiera się na lęku? Czy nie ma nic innego?

I wówczas w moim doświadczeniu zaczęły sie pojawiać pierwsze przebłyski światła i miłości, które nie pochodziły ze mnie. Można powiedzieć, że Bóg zaczynał przenikać poprzez ciasną skorupę mojej ludzkiej historii wprost do mojego serca. Problem jednak wciąż tkwił w tym, że chciałem, aby Bóg przyszedł do mnie na moich warunkach. Pragnąłem, aby usankcjonował moją historię, aby stał się jej częścią, aby ją trochę poprawił, a przynajmniej, by jej zupełnie nie zepsuł. 🙂 Usiłowałem więc sprowadzić prawdę do złudzenia. Nie udało mi się. A gdy próbowałem to robić, czułem tylko więcej konfliktu. Wiedziałem już bowiem, że istnieje prawdziwa miłość, niemająca nic wspólnego z lękiem. Mój świat, tak pieczołowicie zbudowany na lęku, nie trzymał się już kupy. Nie potrafiłem już udawać, że mogę być szczęśliwy, bojąc się. A jednak wciąż się bałem. Obawiałem się puścić.

Potrzebna była decyzja. Nic więcej. Decyzja, że oddaję moje życie Bogu, że już ja sam nie decyduję o sobie, gdyż decydowanie o sobie oznaczało trwanie w historii lęku. Decyzja, by polegać na Bogu była najprostszą i jedyną decyzją, jaką musiałem podjąć. Gdy ją podjąłem, rozpoznałem, że faktycznie Bóg jest moim życiem, nie mam innego (Lekcja 223 Kursu Cudów). Doświadczyłem tego, że nie jestem ciałem i że cała moja dotychczasowa historia była kompletnie bez sensu. Była bowiem historą bronienia się przed Bogiem, przed Życiem, przed Miłością. Rozpoznanie, że „ja” jako odrębna tożsamość jestem zupełnie bez znaczenia, stało się niezwykle uwalniającym doświadczeniem. Byłem uzdrawiany z obłędu lęku i zaczynałem doświadczać Miłości ponad moimi najśmielszymi wyobrażeniami. Większe „Ja”, prawdziwe „Ja” wychodziło na pierwszy plan. Wylęknione „ja” okazało się nic nieznaczącą koncepcją bez żadnej prawdziwej treści.

Teraz mogłem sie odprężyć. Czułem, że to prawdziwe „Ja”, ta Miłość, której doświadczałem, chce dla mnie wszystkiego, co najlepsze. Ja sam nie mogłem sobie tego zapewnić, gdyż nie wiedziałem, co jest dla mnie naprawdę dobre. Jakże śmieszne wydały mi się wówczas moje dotychczasowe zabiegi, by samemu troszczyć się o siebie, by zabiegać o swoje bezpieczeństwo i wygodę. W obliczu doświadczenia radości, pokoju i pełni, wszystkie mojej idee cierpienia, konfliktu i braku były zupełnie bez znaczenia.

Czy kusiło mnie, by wrócić do dawnego nałogu kontrolowania własnego życia i podtrzymywania osobistej historii? Oczywiście, że tak. Potrzebowałem treningu. Treningu uważności. Na co decydowałem się w danej chwili? Czy decydowałem się na osobistą historię lęku, czy decydowałem się na Boga? Nie było innej decyzji. Albo Bóg, albo historia. Albo prawda, albo złudzenie.

Trzeba było więc przyjrzeć się sobie w każdej sytuacji w ciągu dnia. Gdy jadłem posiłek, czy jadłem Boga, z Bogiem i w Bogu? Czy też tylko nieświadomie pochłaniałem jakąś potrawę na talerzu? Gdy oddychałem, czy byłem świadomy, że oddycham Bogiem, gdyż On jest wszystkim we wszystkim? Gdy się goliłem rano, czy uprawiałem jogging, czy każdy ruch był doświadczeniem przyjmowania Jego Miłości? Czy też robiłem to mechanicznie lub dla zaspokojenia jakiegoś doraźnego celu? Gdy rozmawiałem z drugim człowiekiem, czy rozmawiałem z Bogiem, czy też pogrążałem się w pułapce historii? Gdy szedłem coś załatwić, czy pamiętałem, że wszystko jest Bogiem, czy też zmierzałem jedynie do zaspokojenia swoich osobistych korzyści?

Idea z Kursu Cudów, że nie ma nic na zewnątrz mnie, stawała się niezwykle radosnym przeżyciem. W tłumie ludzie, na przykład po środku supermarketu, mogłem przetestować, czy kieruję się swoją wiarą w osobistą historię, czy polegam nam Bogu. Gdy spieszyłem się lub próbowałem dokonać wyboru w oparciu o swoje przeszłe doświadczenia lub po prostu gdy byłem pogrążony w myślach, wtedy podążałem za historią, czyli znajdowałem się w swoim utożsamieniu z ciałem i całkowicie zapominałem o Bogu. Gdy jednak pozwoliłem sobie wziąć głęboki oddech, zatrzymać się w biegu, poczuć przestrzeń, która mnie otaczała i rozpoznać, że wszystko, co mnie otacza, to moje własne myśli, wtedy przestawałem sie troszczyć o swoją osobistą historię, a zaczynałem czuć jedność ze wszystkim i wszystkimi. Czułem Boga we wszystkim.

Czy to rzeczywiście tak proste? Tak. Bóg – Niebo – rzeczywistość – jest decyzją, którą podejmuję. Jedyną decyzją, jaką mam do podjęcia w świecie, w którym decyzje wydają się jeszcze mieć znaczenie.

2 Replies to “Bóg czy historia?”

  1. Wszystko co mnie otacza , to moje własne myśli . To jest bardzo trudne do zrozumienia , a może nie trzeba rozumieć . Pogubiłam się . Ale kto się pogubił ?
    Bez myśli nie mogłabym napisać tego tekstu do Ciebie , a jednak to robię . Więc co z tym moim małym ja ?

    • Małe „ja” (ego) nigdy tego nie zrozumie. Na szczęście ego to nie Ty. Ty możesz to zrozumieć. 🙂 Twoje zrozumienie jest twoim oświeceniem.
      Ego nie chce wziąć odpowiedzialności za swoje myśli, bo idea pełnej odpowiedzialności jest końcem ego. Ale Ty możesz wziąć odpowiedzialność za swoje myśli, ponieważ nie jesteś ego. Gdy rozpoznajesz, że naprawdę nie ma nic na zewnątrz ciebie i że widzisz jedynie odzwierciedlenie własnego umysłu, to oddzielenie się dla ciebie kończy. Pozostajesz tylko ty ze swoimi myślami. I ze świadomością, że masz całą moc, by wybrać prawdę – by wybrać miłość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*