„All you need is love”

Wiedzieli o tym Beatelsi. Wiemy o tym i my. Wszystko, czego potrzebujemy, to miłość. Gdy przypomniałem sobie dzisiaj refren piosenki All you need is love, przyszła też chwila zastanowienia: skoro wiemy, że potrzebujemy jedynie miłości, to dlaczego tak gorliwie jej sobie odmawiamy? Dlaczego robimy cokolwiek innego poza kochaniem samych siebie i wszystkiego dookoła? Dlaczego udajemy, że jest coś innego do zrobienia poza wypełnieniem naczynia naszych umysłów i ciał miłością, która wypływa nieustannie ze Źródła naszego Istnienia? Dlaczego nie zawsze potrafimy dostrzec, że ziemia, po której stapamy, drzewa, które mijamy, słońce, które pieści naszą twarz i deszcz, który po nas spływa, a także oddech, którym oddychamy, czy uśmiech napotkanego na ulicy przechodnia, to wszystko przejawy miłości? Dlaczego gramy w grę bycia pozbawionymi miłości, skoro mamy jej pod dostatkiem?

Może dlatego, że potrzebę miłości skojarzyliśmy z szukaniem miłości na zewnątrz nas. Zapomnieliśmy, że miłość jest w nas, że przynieśliśmy ją ze sobą na tę Ziemię, że u podłoża wszystkiego, co kiedykolwiek stworzyliśmy, leżała miłość czy też pragnienie miłości. Czy możemy odzyskać tę pamięć? Tak. All you need is love. Wszystko, czego potrzebujemy, to miłość, ponieważ miłość jest naszą jedyną rzeczywistością.

Jako istoty obdarzone nieskończoną wolnością możemy oczywiście przedłużać swoją grę we wmawianie sobie, że potrzebujemy czegoś innego niż miłość – może trochę lęku, trochę poczucia winy, trochę gniewu, trochę osądu – ale w ten sposób opóźniamy jedynie uznanie nieuniknionego: Beatelsi mieli rację. Jezus miał rację. Ty miałeś rację, za każym razem, gdy myślałeś: All I need is love. Wszystko, czego potrzebuję, to miłość.

Gdy mówimy tu o potrzebie miłości, nie chodzi nam o to, że będziemy się domagać, aby miłość przyszła od kogoś czy czegoś innego niż my sami. Największym złudzeniem, które zamknęło nas w kręgu lęku, było właśnie przekonanie, że miłość jest na zewnątrz – gdzieś indziej lub kiedy indziej, ale nie tutaj i nie teraz. Tym właśnie była nasza myśl o oddzieleniu.

Jak możemy skorygować naszą własną myśl o oddzieleniu? Poprzez przyjęcie miłości. A przyjęcie miłości to uznanie, że ona już jest w nas, że Źródło miłości jest w naszym sercu. Bóg, Źródło wszelkiego Życia nie mieszka gdzieś w niebiosach, ale w nas. Niebo jest w nas. Królestwo jest w nas. My nim jesteśmy. Wystarczy, że to zauważymy, a nie możemy nie kochać. Bóg w nas przecież pragnie kochać, pragnie obejmować wszystko swoją miłością.

Najważniejsze jest oczywiście, abyśmy pokochali sami siebie. A to nie jest trudne w chwili, gdy rozpoznajemy, że Źródło naszego życia i miłości jest w nas samych. Ono chce objąć nawet to, czego w sobie nie akceptujemy. Inaczej mówiąc: to my chcemy to objąć, poczuć i uwolnić, tak aby miłość mogła się szerzyć w nas i poprzez nas bez żadnych zakłóceń.

Czy potrafimy być tak bardzo bosko samolubni, żeby dać sobie wszystko, czy też nadal będziemy udawać, że miłość wymaga poświęcania się? Nie mówimy tu tylko o koncepcjach, ale o bardzo konkretnym i praktycznym doświadczeniu. Co zatem oznacza danie sobie wszystkiego? Oznacza to pójście za pragnieniem swego serca zamiast zagłuszania go podszeptami intelektu, który mówi: „tego nie możesz”, „musisz robić to i to”, „to nie wypada”, „to się nie uda”, „to jest za trudne”, „co powiedzą inni”, „na to cię nie stać”, „rób to, co robiłeś, zawsze, bo tak jest bezpieczniej”, itp. Gdy jednak  uczymy się dawać sobie wszystko, stajemy się również zdolni do dawania innym wszystkiego. Nie możemy dać innym tego, czego w sobie nie mamy. Dopiero gdy akceptujemy i kochamy siebie całkowicie i bez zastrzeżeń, możemy również w pełni obfitości dawać miłość innym.

Oto więc przykładowe pytania, jakie możemy sobie postawić, pozwalając, by wewnętrzna mądrość w nas sama na nie odpowiedziała: Czy jestem chętny pozwolić, by Miłość Boga we mnie objęła wszystko, co do tej pory w sobie odrzucałem? Czy jestem gotów pokochać siebie tak bardzo, jak kocha mnie Bóg? Czy jestem chętny dać sobie wszystko? Ile Boga pozwolę sobie przyjąć dzisiaj i jak bardzo chcę, aby się On przeze mnie przejawiał?  Czy zamierzam ograniczać przepływ miłości, czy też pozwolę jej się wyrażać w mnie i poprzeze mnie w sposób maksymalny?

Nie ma właściwych czy niewłaściwych odpowiedzi. Nawet przyznanie się do własnej niechęci do przyjęcia miłości może być krokiem milowym w przebudzeniu. Być może w ten sposób po raz pierwszy weźmiesz pełną odpowiedzialność za przepływ miłości w swoim życiu. Być może rozpoznawszy, że nikt nigdy nie odmawiał Ci miłości, lecz ty odmawiałeś jej sobie, będziesz tym bardziej chętny odmienić swoje życie. Być może uświadomiwszy sobie swój własny opór przed miłością, tym chętniej powiesz: „Boże, Źródło wszystkiego, co jest, nie mam pojęcia, czym jest miłość, pokaż mi, pragnę napełnić się Twą miłością. Pragnę się odprężyć w świadomości, że nie muszę czynić niczego, ponieważ Ty czynisz wszystko przeze mnie. Odpuszczam więc już swoje poszukiwania miłości i przyjmuję to, co Ty mi zawsze darmo dajesz. Przyjmuję Twoją miłość TERAZ”.

Temat przyjmowania miłości będziemy eksplorować głębiej na spotkaniu w Wiczej Górze w dniach 16-17 lutego, na które serdecznie zapraszam!